
Pierwotnie Rumunia była w planie na 2021 rok ale ze względu na wojnę w Ukrainie postanowiliśmy zmienić kierunek i pojechać do Czeskiej Szwajcarii.
Może i dobrze się stało, że zmieniliśmy plany bo z Rumunii i tak by nic nie wyszło gdyż już pierwszego dnia skuti po przejechaniu 400 km odmówił współpracy. Rozsypało się łożysko w tylnym kole. Awaria była na tyle poważna, że do domu wróciliśmy lawetą gdyż popsute łożysko zaczęło blokować w czasie jazdy tylne koło. Przespaliśmy się i kolejnego dnia pojechaliśmy tą samą trasą samochodem, stąd brak relacji 😉
Przygotowania
Już chyba pomału staje się u mnie tradycją, że przed większym wyjazdem wymyślam sobie dodatkową robotę. Tym razem ilością pracy pobiłem zdecydowanie wcześniejsze przygotowania do wyjazdów zarówno jeśli chodzi o stelaż pod kufry do Hondy jak i BMW.
Przyczepka do skutiego chodziła mi po głowie od dość dawna. W necie można znaleźć kilka gotowych rozwiązań ale ceny są dość wysokie. Hmm … mówię, że ceny gotowych są wysokie a sam nigdy nie policzyłem jaki był koszt poniesiony przeze mnie na zrobienie własnej. Z drugiej zaś strony satysfakcja z jej wykonania bezcenna 😉
Przed poprzednimi wyjazdami miałem dość szczegółowo rozplanowaną trasę. Tym razem m.in. przez przyczepkę, która zajęła mi multum czasu, nie zdążyłem zaplanować wyprawy. Zdecydowałem się kupić gotowy plan wyjazdu. Rzecz dosyć fajna ale jeżeli ktoś się decyduje na takie rozwiązanie to mimo wszystko powinien dokładnie przestudiować co taki plan zawiera i przynajmniej z grubsza wiedzieć co którego dnia jest zaplanowane. Ja niestety tylko pobieżnie przejrzałem tą rozpiskę i stwierdziłem, że będę czytał z dnia na dzień. To było zdecydowanie złe podejście do tematu ale o tym później, bo pora ruszać.
Poniedziałek (10.07) – 370 km
Czas ruszać w drogę
Dzisiejszy dzień to w zdecydowanej większości ekspresówka. To typ drogi, który nie należy do moich ulubionych. Z jednej strony niby szybko połyka się kilometry ale z drugiej strony monotonia. Zdecydowanie wolę lokalne drogi.
Dzisiejszy dzień to również pierwsze kilometry z przyczepką. Generalnie prowadzi się całkiem dobrze. Jedynie mocniejsze podmuch bocznego wiatru czy też pęd powietrza od ciężarówek powodują, że zaczyna się bujać na boki co czuć wyraźnie na skutim. Przez większość drogi jednak jej nie czuję. Słabo ją widzę również w lusterkach, więc zastanawiam się czy nadal za nami jedzie. Tutaj doskonale sprawdza się Agata, kontrolująca przyczepkę 🙂
Nocleg mamy zaplanowany w Krośnie czyli stosunkowo niedaleko granicy ze Słowacją. Po dotarciu na miejsce pora się rozpakować. Do pokoju z przyczepki zabieram dwie torby. Po wyjęciu jednej z nich, przez nieuwagę opada mi pokrywa. Jednocześnie z przodu przygniata pasek od drugiej torby, który dostał się pomiędzy pokrywę a dół przyczepki. W efekcie powstaje duża dźwignia i zawias nie wytrzymuje działającej na niego siły – pęka 🙁
Zawias był wydrukowany na drukarce 3D i trochę się obawiałem takiego rozwiązania ale nie bardzo już miałem czas aby zrobić go inaczej. Na szczęście miałem zapasowy wydruk, więc cztery śrubki i zawias zmieniony. Trzeba będzie uważniej się z nim obchodzić.
Po tych przygodach idziemy w na Stare Miasto aby coś zjeść i trochę pozwiedzać.
Wtorek (11.07) – 320 km
Początek Rumunii
Na dzisiaj jest w planie dojazd do Rumunii. Kilometrów nie jest może bardzo dużo ale większość z nich przypada na drogi lokalne. Nie do końca wiemy czego się można po nich spodziewać, szczególnie że nawigacja pokazuje ponad 5 godzin samej jazdy. Pogoda ładna więc po śniadanku ruszamy w kierunku Słowacji.
Przez Słowację jedziemy drogami dobrej jakości obserwując wielkie pola słoneczników. Przed granicą z Węgrami zajeżdżamy na stację benzynową aby się zatankować jeszcze w euro. Nie wiem czy trafiliśmy na jakąś akcję promocyjną ale po zatankowaniu możemy sobie wybrać prezent: małą torebkę termiczną albo brelok z logiem stacji. Wybieramy torebkę – wielkością idealna na kanapki.
Droga przez Węgry to po prostu kolejne kilometry nawijane na koła. Przed granicą z Rumunią musimy zwolnić bo jakość nawierzchni jest fatalna.
Pierwszy nocleg w Rumunii mamy zarezerwowany w Satu Mare, które znajduje się zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy. Na miejscu pojawia się jednak pewien problem bo nawigacja twierdzi, że jesteśmy na miejscu a adresu pod który mieliśmy zajechać nie widać. Szybki telefon do właściciela apartamentu, dostajemy pinezkę z lokalizacją mieszkanka i po małej korekcie miejsca docelowego jesteśmy na miejscu.
Zostawiamy wszystkie zbędne rzeczy, przebieramy się w „cywilne” ubrania i ruszamy na pierwsze zwiedzanie Rumunii. Zgodnie z przewodnikiem najciekawsze zabytki znajdują się w okolicach Placu Wolności, pośrodku którego znajduje się mały park z alejkami, ławeczkami i dużą fontanną. Z parku widoczny jest secesyjny Hotel Dacia, piękny na zewnątrz i w środku. To tyle w teorii o atrakcjach Satu Mare. W praktyce okazało się, że park jest ogrodzony parkanem i aktualnie to jeden wielki plac budowy. Hotel Dacia zamknięty i osłonięty rusztowaniami. Za kilka lat może faktycznie będzie pięknie ale na razie to słaby początek naszej Rumunii.
Na szczęście plac i hotel to nie jedynie atrakcje na Starym Mieście.




































