Norwegia 2024 (cz. 4)

W tej części zrealizujemy drugi nasz główny cel podróży, czy wejście na Język Trolla (Trolltunga).

Poniedziałek (8.07) – 255 km

Znów dużo deszczu

Poranek, jak na złość, znowu wita nas gęsto zasnutym niebem. A jakby tego było mało – podczas pakowania zaczyna padać deszcz i to taki całkiem konkretny. Wszystkie prognozy zgodnie twierdzą, że będzie tylko gorzej, więc w ponurych nastrojach ruszamy w drogę 🙁

Dzisiejszy plan był prosty – przejazd do kolejnego noclegu z jedną atrakcją niemal na końcu trasy. Jednak los (a raczej nawigacja) zafundował nam niespodziankę. Zupełnie nieświadomie wjechaliśmy w wysokie góry i trafiliśmy na zapierające dech w piersiach widoki. Droga nr 13, którą podążamy za miejscowością Røysane, zaczyna ostro wspinać się ku górze. Asfalt świetnej jakości, mnóstwo zakrętów – normalnie bajka dla motocyklisty. Niestety – właśnie tu dopada nas kulminacja deszczu. Jazda w strugach wody odbiera całą radość z tej trasy 🙁

Przy wodospadzie Hólesvingane droga pięknymi agrafkami opada w dół. To kolejne miejsce, które ląduje na mojej liście do powtórzenia – przy lepszej pogodzie musi wyglądać bajecznie.

Droga nr 13 kończy się w Vinje, gdzie łączy się z trasą E16. Te niespełna 50 km gorąco polecam, jeśli tylko nie leje jak z cebra 😉

Kierujemy się dalej w stronę wodospadu Vøringfossen. Po drodze krótki postój przy innym wodospadzie – Tvindefossen. Mimo kiepskiej pogody, trasa obfituje w atrakcje. Przejeżdżamy wiszący most, który kończy się tunelem z rondem w środku ; Ostatnie kilometry przed Vøringfossen też są ciekawe – droga ostro pnie się w górę i biegnie przez „zakręcone” tunele, które same w sobie są atrakcją.

Sam wodospad – choć „dopiero” na 83 pozycji pod względem wysokości w Norwegii – robi na mnie ogromne wrażenie. Spada z wysokości 182 metrów i naprawdę jest co podziwiać. Można podejść od dołu, szlakiem, lub zobaczyć go z góry – od strony Hotelu Fossli, który działa tutaj od 1891 roku. My wybieramy widok z góry. Dla turystów przygotowano mnóstwo tarasów widokowych oraz 47-metrową metalową kładkę, która łączy oba brzegi rzeki Bjoreio.

Na chwilę pogoda się poprawia – zza chmur wyłania się słońce, tworząc efekt tęczy w unoszącej się nad wodospadem mgle. Spędzamy tu prawie półtorej godziny, wpatrzeni w potęgę natury. Niestety pod koniec naszego spaceru znów zaczyna padać i nachodzi gęsta mgła – ciekawe jaka będzie dalsza podróż?

Ku naszemu zaskoczeniu, po przejechaniu jakichś 300 metrów, widoczność od razu się poprawia. Wygląda na to, że to nie była mgła a chmura … po prostu bujaliśmy w obłokach 🙂

Jutro czeka nas ciężki dzień bo w planie wyprawa na Język Trolla. Chcemy więc zatrzymać się na dwie noce w hyttce. Odwiedziliśmy kilka kempingów w okolicy ale na żadnym nie było wolnej hytki. Na dwóch nawet stały tablice „Brak miejsc”. Czyżby inni również sprawdzili prognozy i planowali Trolltungę na wtorek? W końcu docieramy do pierwotnie zaplanowanego Lofthus Camping i w padającym deszczu rozbijamy namiot.

Na szczęście pod koniec dnia przestaje padać. Wieczór – chłodny, ale pełen nadziei. Jutro ma być piękny, słoneczny dzień. Idealny na Trolltungę.

Wtorek (9.07) – 67 km

Trolltunga

Dziś pobudka o 5:30 – chcemy zdążyć na Język Trolla przed tłumami. Do samego parkingu mamy jeszcze prawie 40 km, bo niestety nie udało się znaleźć żadnego bliższego kempingu.

Na szczęście wszystko wskazuje na to, że prognoza pogody się sprawdzi – niebo prawie bez chmur, mnóstwo błękitu. Kilka minut po ósmej docieramy na miejsce… i niespodzianka. Na wyższy parking P2 już nie wpuszczają – wszystkie auta kierowane są na P1, oddalony o 5 km. Pan parkingowy nie robi wyjątku nawet dla motocyklistów 🙁

Zjeżdżamy zatem grzecznie na P1, ale tam czeka na nas… drugi pan, który z kolei każe jechać na wyjazd prowadzący do P2 🙂 Docieramy na miejsce, a tam – P2 całkowicie zastawiony samochodami. Ciekawe, o której trzeba tu przyjechać autem, żeby się zmieścić?

Szybko pozbywamy się ciuchów motocyklowych i ruszamy na szlak. Po chwili okazuje się, że przez te 9 lat wiele się zmieniło. Powstała nowa droga, po której kursują busiki dowożące turystów przez najbardziej stromy odcinek. Koszt tej przyjemności to 150 NOK/os, a według reklamy na dole, jadąc busem oszczędzasz 1,5 godziny i 400 metrów wysokości. Kolejka do busa długa. Pytam o stary szlak, którym szliśmy lata temu. Dowiaduję się, że nadal istnieje, ale zalecają iść drogą, bo szlak jest „trudny”. Doskonale pamiętam jego „uroki” – wryły mi się w pamięć do dziś. Finalnie decydujemy się na busa – lenistwo wygrało 😉 Po 45 minutach udaje się wsiąść. Bus dowozi nas niemal w miejsce, gdzie 9 lat temu musieliśmy zawrócić – wtedy rwący strumień uniemożliwił dalszą wędrówkę. Dziś nad strumieniem wisi solidny mostek. Widać, że cała trasa jest dziś o wiele bardziej dostępna i nastawiona na masową turystykę. Nie to, żebym się uważał za jakiegoś trapera, ale aktualny szlak można spokojnie przejść nawet w zwykłych butach. Brakuje już tylko straganów z pamiątkami i hot-dogami… Jak dla mnie to trochę chyba za duża ingerencja w przyrodę 🙁

Szlak jest pełen ludzi – większość ubrana jak należy: buty trekkingowe, plecaki. Ale trafiają się i tacy, którzy wybrali się tutaj na spacer bez żadnego prowiantu czy ubrania w przypadku załamania pogody a bądź co bądź to całkiem wysokie góry …

Po 4 godzinach marszu (z kilkoma przerwami) docieramy na miejsce. Uważam to za całkiem dobry wynik, bo mapy.cz mówiły, że powinno nam to zająć 5 godzin. Na miejscu po odczekaniu w kolejce 1,5 godziny (sic!) możemy w końcu wejść na Język Trolla (Trolltunga), czyli bardzo charakterystyczną półkę skalną znajdująca się na płaskowyżu Hardangervidda (około 1100 m n.p.m.). Stąd do tafli jeziora Ringedalsvatnet jest 700 m. Dla mnie to zdecydowanie zbyt duże wyzwanie i na język wchodzi tylko Agata. Ja mam zawroty głowy obserwując z daleka jak ludzie podchodzą i siadają na krawędzi …

W drodze powrotnej wybieramy stary szlak. Nieoznaczony, zapomniany – bez nawigacji w telefonie byśmy go nie znaleźli.

Na poniższej mapce punt 2 to miejsce w okolicach mostku, gdzie rozdzielają się szlaki na stary szlak (czerwona linia) i nowy (niebieska linia). Z punktu START gdzie jest parking P2, do punktu BUS można dojechać busikiem.

Zaraz po zejściu z głównego szlaku robi się cicho, spokojnie, pusto – niesamowita ulga po tłoku. Do przejścia mamy tylko 700 metrów, ale teren jest wymagający i zajmuje nam to 50 minut. Mimo że z górki, to stary szlak faktycznie trudny. Widać, że Norwegowie go porzucili – kamienie, które kiedyś tworzyły schodki, dziś są zniszcone, zapewne przez warunki atmosferyczne. Ale warto było się pomęczyć – dla tej ciszy, dla tej surowej natury.

Dziewięć lat temu zastanawialiśmy się, dlaczego nie reanimują kolei, która kiedyś wwoziła turystów przez ten najbardziej stromy odcinek. Dzisiaj nadal nie znam odpowiedzi na to pytanie ale wiem, że obecnie już nawet tego nie da się reanimować bo szlak kolejki przecina serpentyna drogi, którą jeżdżą busy.

Wracamy na kemping rozkoszując się słońcem i 17 stopniami ciepła … tak niewiele potrzeba do szczęścia 😉

Patrzę na prognozę pogody i nie chce mi się wierzyć w to co widzę. Tak piękny wieczór a już za kilka godzin ma znowu lać, i to porządnie 🙁

Środa (10.07) – 214 km

Dlaczego ciągle pada?

Niestety, prognoza pogody znów miała rację. Nad ranem budzi mnie znajomy dźwięk – deszcz bębniący o namiot. Ignorujemy budzik – i tak nie ma po co się spieszyć, skoro pada. Ale w końcu trzeba się zebrać i ruszyć dalej, bo samo się nie zrobi. Korzystamy z krótkiej przerwy w opadach, by zwinąć totalnie mokry namiot 🙁

Ruszamy w kierunku Stavanger, po drodze planując zahaczyć o wodospad Langfoss – ten ma ponad 600 metrów wysokości co czyni go piątym co do wielkości wodospadem w Norwegii. Zanim jednak tam dotrzemy, niespodziewanie napotykamy Låtefossen (165 m), który mieliśmy już okazję oglądać w 2015 roku. Kilka szybkich fotek i jedziemy dalej.

Langfoss – choć teoretycznie bardziej okazały – chyba mniej mi się podoba niż Låtefossen. Może to przez pogodę, może przez to, że woda nie spada swobodnie, tylko spływa po skałach. A może po prostu punkt widokowy nie oddaje jego skali, a przez deszcz nie mamy ochoty szukać lepszego.

Wspomniany deszcz, towarzyszy nam prawie przez całą dzisiejszą drogę. Miejscami pada bardzo intensywnie, a temperatura oscyluje w okolicach 12 stopni. Z nadzieją wyglądamy tuneli, bo każdy z nich to chwila wytchnienia – nie tylko od deszczu, ale też od chłodu. Dopiero tuż przed Stavanger deszcz odpuszcza, temperatura rośnie do szalonych 15 stopni 😉

Rękawice mam kompletnie przemoczone, podobnie jak… 4 litery. Gdy siedzę na skutim to pode mną tworzy się w kanapie dołek, więc woda spływająca z kurtki, tworzy kałużę w której siedzę. Po dłuższym czasie membrana w spodniach nie daje rady i woda przez nią przesiąka. Buty mam również totalnie przemoczone – chyba pora kupić sobie typowo motocyklowe.

Ciekawostka – w jednym z tuneli przed Stavanger, który biegnie 232 metry poniżej poziomu morza, temperatura przekroczyła 20 stopni. Szkoda tylko, że trzeba było z niego wyjechać 🙂

Po deszczowej nocy i dzisiejszej podróży postanawiamy w Stavanger zatrzymać się na dwie noce w kwaterze – taka odrobina luksusu za to ciągłe moknięcie 🙂

Po deszczowej nocy i dzisiejszej podróży postanawiamy w Stavanger zatrzymać się na dwie noce w kwaterze – taka odrobina luksusu za to ciągłe moknięcie 🙂

Jutro pogoda ma się nieco poprawić, więc plan na dzień prosty: zwiedzanie Stavanger i chill. Trzeba naładować baterie przed kolejnymi dwoma dniami, w trakcie których musimy przejechać ponad 1.100 km do Karlskrony.

Czwartek (11.07) – 53 km

Stavanger

Dzisiejszy poranek wita nas wyczekiwaną poprawą pogody. Co prawda niebo nie jest całkiem błękitne – chmury wciąż mają przewagę – ale nie pada i jest przyjemnie ciepło. Po ostatnich deszczach to już prawdziwy luksus.

Dziś, jadąc do centrum Stavanger, wiem już, gdzie zaparkować. Udało się na mapach, w pobliżu starego miasta znaleźć parking dla motocykli.

Gamle Stavanger to zabytkowe centrum miasta położone tuż przy porcie. Znajdują się tutaj 173 odrestaurowane drewniane domy, które powstały pod koniec XVIII i w XIX wieku . Większość domów jest pomalowana na biało ale różnią się detalami, rozmiarem i charakterem. Spacerujemy po wąskich, brukowanych uliczkach, wśród domów ozdobionych kolorowymi kwiatami, co tworzy magiczny, niemal bajkowy klimat 🙂

Jeszcze wczoraj kupiliśmy online bilety do Norweskiego Muzeum Konserw (Norsk Hermetikkmuseum). Mieści się ono na starówce, w dawnej fabryce działającej w latach 1916–1958, specjalizującej się w produkcji konserw z sardynek. Można tutaj obejrzeć cały proces produkcji konserw. Na każdym etapie produkcji prezentowane są maszyny do tego wykorzystywane. Najstarsze z nich pochodzą z 1880 roku. Na terenie muzeum czynna jest nadal wędzarnia w której można skosztować świeżo uwędzoną sardynkę … pychota 🙂

Z muzeum przechodzimy do domu przy Øvre Strandgate 90, w którym mieszkali niegdyś robotnicy fabryki. To miejsce absolutnie nie przypomina typowego muzeum – raczej żywy dom. Nie ma żadnych sznurków, barier czy zakazów. Wszystko można dotknąć, wszędzie zajrzeć. W kuchni – otwieramy szafki i widzimy talerze, garnki, jak u nas w domu. Człowiek ma wrażenie, że gospodarze wyszli na chwilę po zakupy i zaraz wrócą.

Z domu robotniczego wracamy do muzeum konserw, z którego płynnie przechodzi się do kolejnego – Muzeum Grafiki. W obu obowiązuje ten sam bilet. Jest co oglądać – mimo że nie czytaliśmy wszystkich opisów, samo zwiedzanie zajęło nam prawie dwie godziny.

Wychodzimy z muzeum… i znów łapie nas deszcz 🙁 Przed wejściem było ciepło, więc kurtki zostały w skutim. Chowamy się w pobliskiej kawiarni i testujemy lokalne lody. Radar pogodowy twierdzi, że opad będzie krótkotrwały.

I faktycznie – niedługo przestaje padać, ale zrobiło się chłodniej. Wracamy po kurtki i ponownie zanurzamy się w uliczki Gamle Stavanger. Niestety, znów dopada nas deszcz, więc chronimy się pod dużym parasolem przy galerii sztuki.

Kolejny punkt zwiedzania Stavanger to wieża widokowa Valbergtårnet z 1853 roku. Niestety, zamknięta, bez żadnego wyjaśnienia. Znajduje się na wzgórzu Valberget, z którego schodzimy w stronę Øvre Holmegate, znanej jako Fargegaten (Ulica Kolorów). W przeciwieństwie do białych domów Gamle Stavanger, tu można znaleźć pełną paletę kolorów.

Katedra w Stavangerze (Stavanger domkyrkje) z 1150 roku to kolejny cel naszej wędrówki. Jest ona najstarszą norweską katedrą i została poświęcona patronowi miasta, świętemu Switunowi. Niestety, katedra otoczona płotem i informacją, że do końca 2023 roku trwa renowacja… Hmmm, mamy 2024, coś chyba poszło nie tak z aktualizacją tabliczki 😉

Spacerując docieramy do wieży Vålandstårnet z 1895 roku, położonej na wzgórzu z panoramą całego miasta. Na tarasie obok są lunety, ale drzewa mocno przysłaniają widok. Chyba były niższe, kiedy te lunety montowano 😉

Wracamy w pobliże centrum Stavanger, gdzie znajduje się willa Breidablikk. Wzniósł ją w 1881 roku jeden z najbogatszych ówczesnych mieszkańców, Lars Berentsen, kupiec i armator. Swoim stylem przypomina nasz „Świdermajer”. W 1965 roku willa została przekazana miastu, które otworzyło w niej placówkę muzealną. W środku nie dokonano zbyt wielu zmian i można podziwiać oryginalne meble, bogate żyrandole i piece ceramiczne. Tyle udało nam się przeczytać w przewodniku ale obejrzeć wnętrz nie możemy, bo niestety natrafiamy na zamknięte drzwi 🙁

Po sąsiedzku z willą, znajduje się Ledaal, czyli niewielki czerwony dworek. Obecnie służy jako rezydencja królewska oraz muzeum. Tutaj również zastajemy zamknięte drzwi.

Dzisiaj zrobiliśmy dużo kilometrów z buta, więc pora wracać na naszą miejscówkę aby odpocząć. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy pomniku zwanym Sverd i fjel (Miecze w skale lub też Trzy miecze), upamiętniającym bitwę pod Hafrsfjord z 872 roku. Wstępujemy również na plażę Sola.

Powoli dociera do mnie, że nasza podróż zmierza ku końcowi. Stavanger to właściwie ostatni punkt naszego planu. Teraz już tylko powrót do domu. Dwa dni temu zwinęliśmy mokry namiot, więc na następny nocleg szukamy kempingu w okolicach Oslo, by po raz ostatni go rozłożyć i trochę wysuszyć.

Piątek (12.07) – 525 km

Początek końca przygody

Dzień zaczyna się całkiem ładnie – słońce próbuje się przebić przez chmury, a my liczymy, że Norwegia pożegna nas pogodnie.

Dziś w planie prosty przejazd ze Stavanger do Olberg Camping. Mieliśmy do wyboru dwie trasy – wzdłuż wybrzeża lub przez górzysty środek Norwegii. Wybieramy tę drugą, prowadzącą przez malownicze lokalne drogi z pięknymi widokami, z dala od tłoku i pośpiechu.

Na trasie znajdujemy urokliwe miejsce na drugie śniadanie – teren wypoczynkowy przygotowany z myślą o kąpieli… ale z tej opcji zdecydowanie nie skorzystamy 🙂

Jadąc dalej, trafiamy na Eidsborg stavkirke – średniowieczny kościół słupowy z XIII wieku. Według Internetu, to jeden z najlepiej zachowanych tego typu obiektów w Norwegii – robi wrażenie.

Po prawie 11 godzinach jazdy docieramy na kemping bardzo zmęczeni. Przy rozkładaniu namiotu czeka nas niespodzianka… woda wylewa się ze środka (!!!).

Dzisiaj czeka mnie jeszcze mała robótka przy skutim. Przy hamowaniu zaczęły dochodzić z przodu niepokojące odgłosy – podejrzewałem, co się święci. Zaglądam do hamulców szybko znajduję źródło diwnych dźwięków – klocki zużyte do zera, metal już tarł o tarczę. Przed wyjazdem były w połowie, więc to było nieuniknione. Na szczęście mam zapasowe klocki. Pół godzinki pracy i wszystko wraca do normy 🙂

Sobota (13.07) – 613 km

„Armagedon”

Na pożegnanie Norwegia serwuje błękitne niebo – w końcu! Niestety, poranek bardzo wilgotny, więc nasz plan na wysuszenie namiotu niezbyt wypalił… cóż, mamy słońce, a to się liczy.

Dziś dużo kilometrów do zrobienia, a o 21:00 prom do Polski. Trzeba więc ruszać i nawijać kilometry na koła. Pierwsze 60 km to fajne lokalne drogi, potem wjeżdżamy na E6 – i tu zaczyna się większy ruch. Z jednej strony kilometry szybciej uciekają, z drugiej – jak już wspominałem – na skutim nie przepadam za takimi drogami.

Podczas jednego z postojów spoglądamy na radar pogodowy i… no cóż – jedziemy prosto w „Armagedon” 🙁 Mieliśmy się ładnie pożegnać z Norwegią, a tu takie coś.

W sumie to Norwegia pożegnała nas ładną pogodą. Problemy zaczęły się za Göteborgiem, czyli już w Szwecji. Zaczęło padać i był to największy opad całego wyjazdu. Deszcz bez żadnej przerwy towarzyszy nam aż do Karlskrony. Przez około 4 godziny można powiedzieć, że leje a nie pada. Są takie odcinki, że deszcz jest tak intensywny, iż zastanawiam się czy gdzieś nie zjechać, bo „świata nie widać”.

Do przystani promowej w Karlskronie dojeżdżamy około 20-tej – totalnie przemoczeni. Na szczęście motocykle zostają szybko załadowane na pokład. Marzymy o suchym ubraniu, więc lecimy do kabiny… i kolejna „niespodzianka”: serwis sprzątający jeszcze nie skończył, musimy poczekać 🙁

W końcu się udaje – przebieramy się i ruszamy na kolację. Tym razem nie wykupiliśmy posiłków z biletem, lecz idziemy do bufetu. Wybieramy co chcemy i płacimy przy kasie za zawartość tacy – prosto, szybko i bez zaskoczeń.

Niedziela (14.07) – 458 km

Powrót do domu

Dziś nie było szans na dłuższy sen – prom do Gdyni przybija o 7:30, a już godzinę wcześniej trzeba opuścić kajutę.

Prom przybija punktualnie i motocykle jako pierwsze zjeżdżają z promu. Mamy trochę ponad 30 km na śniadanko, na które wprosiliśmy się do naszych znajomych. Jedziemy więc kawałek za Wejherowo a pierwsze co nas uderza to temperatura – już teraz grubo ponad 20 stopni. Po trzech tygodniach chłodnej Skandynawii to… mały szok termiczny.

U Kasi i Wojtka jemy pyszne śniadanko i miło spędzamy kilka godzin. Pora jednak ruszać do domu.

Wracamy trasą S7 i po tysiącach kilometrów po skandynawskich drogach znów pojawia się pytanie sprzed 9 lat: „Dlaczego wszyscy tak pędzą?” Pewnie za kilka dni znowu się przyzwyczaję, ale na razie ten pęd mocno mnie razi.

W Elblągu zatrzymujemy się na obiad – w końcu ceny wróciły do normalności 🙂 Przy stole szukam cienia pod parasolem, bo słońce przygrzewa konkretnie.

W drodze do domu temperatura przekracza 30 stopni. Jeszcze niedawno marzłem w kurtce, a teraz się rozpływam. No cóż – jak pisałem wcześniej… trudno dogodzić 🙂

Około 19-tej dojeżdżamy do domu, tym samym definitywnie kończąc naszą przygodę…

Podsumowanie

Norwegia po raz drugi mnie zachwyciła. Kiedyś jeszcze będę chciał tutaj wrócić. Mamy też plan aby przyjechać tutaj zimą ale to już zdecydowanie nie na dwóch kołach 😉

Po ponad trzech tygodniach podróży, fizycznie czujemy się zmęczeni – tym bardziej, że tym razem pogoda nas nie rozpieszczała. Mimo wszystko, głowa odpoczęła jak trzeba. Pomimo przygód ze skutim, wyjazd uważam za bardzo udany.

Na koniec trochę statystyki. W podróży byliśmy 25 dni. Łącznie przejechaliśmy 7.588 km. Zużyliśmy 336 l benzyny. Dało to średnią 4,43 l/100km, przy czym najmniejsze spalanie jaki się udało uzyskać to 4,08 l/100km a najwyższe 5,23 l/100km.

Zużycia oleju brak, ale trafiła się jedna pozornie większa awaria, która unieruchomiła nas na dwa dni. Do tego planowa wymiana przednich klocków hamulcowych i… mały detal: przyczepka zgubiła żółty odblask po lewej stronie.

Ale to wszystko są tylko detale – bo najważniejsze to:
Była przygoda. Były emocje. Była Norwegia. I był motocykl.

Czego chcieć więcej?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *