Norwegia 2024 (cz. 3)

Poprzednia część opisu nie kończy się zbyt optymistycznie. W tej części okaże się, że jednak trochę szczęście nam sprzyja 🙂

Poniedziałek (1.07) – 112 km

Skuti ożywa 🙂

Noc była zimna – o poranku, gdy wstaliśmy o 6:00, termometr pokazywał zaledwie 11,5°C.

Spakowani, siedzimy i czekamy na lawetę. Gość miał być w okolicach godziny 8:00. O 9:00 pierwszy telefon do ubezpieczyciela…

Czekamy… nic się nie dzieje. Dobrze, że przynajmniej pogoda zaczyna się poprawiać – słupek rtęci wspina się do 17°C. Szaleństwa nie ma, ale słońce grzeje mocno i pierwszy raz od początku wyjazdu szukam cienia.

Dzień mija nam pod znakiem czekania, przerywanego kolejnymi rozmowami z ubezpieczycielem. Za każdym razem słyszymy, że „działają” i że „ktoś oddzwoni” – i tak w kółko…

To w pewnym sensie ciekawe doświadczenie – oby jednak nie do powtórki. Miałem wykupiony maksymalny wariant assistance, ale dopiero dziś przekonałem się, co faktycznie się pod tym hasłem kryje. Z każdą rozmową odkrywałem nowe opcje, które mi przysługują, ale nikt nie chciał od razu przedstawić całego pakietu możliwości.

Po wielu rozmowach dowiedzieliśmy się, że jedyny serwis, który może przyjąć skutiego, to ASO BMW w Bodø – pierwszy możliwy termin… za 1,5 tygodnia 🙁

Po długich ustaleniach zapadła decyzja: dostaniemy norweski samochód zastępczy na dwa dni, żeby móc ruszyć się z kempingu i zrobić zakupy. Kemping, choć pięknie położony, leży na totalnym odludziu. W tym czasie laweta z Polski przywiezie właściwy samochód zastępczy, którym będziemy kontynuować podróż. Skuti wróci na tej samej lawecie do kraju – ale nie do domu, tylko bezpośrednio do serwisu. Wskazałem ten, w którym był ostatnio na przeglądzie.

Plan ustalony. Może nieidealny, bo dalsza podróż „puszką”, ale i tak super, że nie musimy przerywać wyjazdu. Dzwonię do mojego mechanika, żeby uprzedzić go o dostarczeniu skutiego. Pyta, co się stało. Opowiadam: w piątek wieczorem wszystko działało, w sobotę nie jeździliśmy przez deszcz i wiatr, a w niedzielę rano skuti nie odpalił. W odpowiedzi słyszę, że to częsta bolączka tego modelu (sic!). Korodują styki od przekaźników, w tym od pompy paliwa – wystarczy wyjąć, przeczyścić i powinno działać. Dlaczego nie zadzwoniłem wcześniej?! Błędnie założyłem, że na odległość nic nie pomoże… 🙁

Pora brać się do roboty. Do czyszczenia styków idealnie nadał się… pilniczek do paznokci. Po włożeniu przekaźników i włączeniu zapłonu – pompa paliwa zaczęła pracować! Skuti jednak nadal nie chce odpalić. Czuję, że akumulator jest już „zmęczony” wcześniejszymi próbami. Od sąsiada Niemca pożyczamy kable rozruchowe i podpinamy się pod jego auto. Trochę kręcenia rozrusznikiem i… skuti ożył! 🙂

Cała akcja z ubezpieczycielem odwołana. Możemy kontynuować podróż skutim… uff!

Jest już po 16-tej, ale mimo to decydujemy się ruszyć w drogę – celem jest kolejny kemping, na końcu Lofotów. Po drodze chłoniemy piękne widoki archipelagu. Pierwszy przystanek robimy w punkcie widokowym Torvdalshalsen, położonym na wzgórzu, na południe od jeziora Torvdalsvatnet.

Jedziemy dalej i zatrzymujemy się na plaży Rambergstranda, leżącej nad zatoką Jusnesvika. Gdyby nie temperatura, to plażę z cudownym piaskiem i lazurowym morzem bez problemu można byłoby pomylić z tropikami 😉

Kilka zaplanowanych punktów po drodze musieliśmy pominąć z uwagi na późną porę. W planie było jeszcze wejście na szczyt Reinebringen, z którego podobno roztacza się niesamowity widok – zweryfikujemy to jutro.

Przed 20-tą docieramy na Moskenes Camping – największy i zarazem najdroższy spośród dotychczas odwiedzonych (330 NOK). Kemping nastawiony głównie na kampery – dla namiotów przeznaczona jest niewielka, dość ciasna przestrzeń.

Wtorek (2.07) – 100 km

Piękne Lofoty

Dzień wita nas pięknym słońcem i niemal bezchmurnym niebem – miła odmiana po ostatnich, chłodniejszych dniach 🙂

Z powodu wcześniejszych problemów ze skutim musieliśmy nieco przeorganizować plan podróży. Zamiast na prom, kierujemy się do ostatniej osady na Lofotach – miejscowości o wdzięcznej nazwie Å. Ciekawostka: litera å to również ostatnia litera norweskiego alfabetu.

Tuż przed samą miejscowością trafiamy na duży, bezpłatny parking. Zostawiamy skutiego i po krótkim spacerze jesteśmy w Å. To maleńka wioska, ale bardzo urokliwa. Może to zasługa ładnej pogody, ale osobiście podoba mi się bardziej niż Henningsvær.

Po około godzinie zwiedzania ruszamy dalej. Kilka kilometrów i znów zostawiamy skutiego – tym razem celem jest wejście na szczyt Reinebringen (448 m n.p.m.). Z jednej strony szlak wydaje się „łatwy”, bo prowadzą po nim kamienne schody. Z drugiej strony, te stopnie są wysokie, miejscami bardzo wysokie, a do tego jest ich… ponad 2000! Pokonanie ich zajęło nam około godziny i kosztowało sporo potu – przynajmniej mnie 😉 Z przewodnika dowiaduję się, że obecna trasa po schodach została otwarta w czerwcu 2019 roku. Wcześniej szlak był trudniejszy i często dochodziło do wypadków.

Muszę jdenak przysznać, że było warto! Ze szczytu rozciąga się niesamowity widok na archipelag i okoliczne miejscowości. To jedno z najczęściej fotografowanych ujęć Lofotów. Bardzo cieszymy się, że trafiliśmy na taką pogodę – bez słońca efekt „WOW” z pewnością byłby mniejszy 🙂

Widoki są cudowne, ale czas wracać – niebawem mamy prom do Bodø. Zejście poszło nam sprawniej i po 40 minutach jesteśmy z powrotem na parkingu.

Wczoraj wieczorem, spacerując do portu nieopodal kempingu, zauważyliśmy informację o konieczności rejestracji na prom. Pytaliśmy nawet w recepcji czy dotyczy to także motocykli ale nie potrafili udzielić odpowiedzi. Założyliśmy, że to pewnie tylko formalność dla samochodów, a motocykle „upchną się” po bokach. Niestety, gdy podjechaliśmy pod prom, okazało się, że to był błąd. Gość z obsługi odliczył 21 motocykli – w pierwszej kolejności te, które się wcześniej zarejestrowały na podróż. Stwierdził, że trzy ostatnie, w tym nasz się nie zmieszczą. Planowaliśmy płynąć promem o 14:45, a kolejny miał być dopiero o 18:00. Na szczęście przed nami była grupa szwedzkich motocyklistów, w tym jeden z bardzo dużą przyczepą. Obsługa uznała, że cała grupa się nie zmieści i… dzięki temu załapaliśmy się na prom ich kosztem. Uff! Gdyby nie to, bylibyśmy w Bodø dopiero o 22:00, a tak dotarliśmy chwilę po 18:00.

W Bodø diametralnie inna pogoda – niebo zasnute chmurami, zimny i mocny wiatr. Godzinkę spacerujemy po mieście. W kilku miejscach trafiamy na stare drewniane domy otoczone nowoczesnymi budynkami co stanowi duży kontrast. Odwiedzamy także Katedrę w Bodø (Bodødomkirke) z 1954 roku. Obok niej wznosi się 36-metrowa wieża zegarowa.

W planach mieliśmy jeszcze wjazd na wzgórze Keiservarden, z którego rozciąga się podobno piękna panorama miasta, oraz odwiedzenie dwóch plaż: Langsanden i Mjelle, słynącej z czerwonego piasku. Niestety czas nieubłaganie ucieka – zbliża się 20-ta, a do tego zaczyna padać. Decydujemy się ruszyć w kierunku OYRA Camping, do którego mamy nieco ponad godzinę jazdy.

Deszcz a właściwie uporczywa mżawka, towarzyszy nam z przerwami przez całą drogę. Dziś postanawiamy dać sobie odrobinę luksusu – na kempingu wynajmujemy hytkę 😉

Środa (3.07) – 249 km

Deszczowa pogoda

Dzisiejszy dzień wita nas niestety zachmurzonym niebem i siąpiącym deszczem. Wstaliśmy specjalnie wcześniej – planowaliśmy „spacer” do wodospadu Værivassfossen, jednego z najwyższych w Norwegii. Niestety, pogoda skutecznie zniechęca do tego pomysłu. Szlak w obie strony zajmuje około 5 godzin, a my nie chcemy przemoknąć przed dalszą drogą. Dodatkowo trasa bywa podmokła, co w takiej aurze tylko potęguje trudności. Szkoda, bo wodospad podobno robi wrażenie i nieczęsto jest odwiedzany – wymaga sporego wysiłku, by do niego dotrzeć. Może innym razem.

Ruszamy w trasę, ale pogoda nas nie rozpieszcza. Mżawka towarzyszy nam niemal nieprzerwanie, zaledwie na chwilę ustępując 🙁

Pierwszy punkt dnia to cieśnina Saltstraumen, gdzie występuje jeden z najsilniejszych prądów pływowych na świecie. Woda przeciskająca się przez wąski przesmyk pomiędzy skałami tworzy potężne wiry. Na miejsce dojeżdżamy w czasie gdy to zjawisko nie jest aż tak spektakularne – zgodnie z lokalną tabelą pływów trzeba by poczekać kilka godzin, by zobaczyć je w pełnej okazałości.

Jedziemy dalej malowniczą trasą Helgelandskysten Scenic Route. Widoki z każdym kilometrem stają się coraz ładniejsze, choć niestety pogoda mocno odbiera im urok. Po drodze zatrzymujemy się na krótkie odpoczynki w dwóch punktach widokowych – Storvika, z klimatycznym kamiennym mostkiem, oraz Ureddplassen.

Po drodze trafiamy na nasz pierwszy lodowiec – Svartisen.

Dzisiejszy plan obejmuje aż trzy przeprawy promowe. Pierwszy prom udaje nam się złapać niemal z marszu. Na drugi czekamy godzinę. Tu znów wraca temat harmonogramu – przy planowaniu trasy zupełnie zapomniałem, że poza samym czasem przeprawy i odległościami, muszę brać pod uwagę też rozkład kursowania promów. Efekt? Nie mamy szans zdążyć na trzeci prom i szukamy wcześniejszego noclegu.

Trafiamy na Polar Camp, gdzie bierzemy najdroższą jak dotąd hytkę – 950 NOK. Po całym dniu w deszczu i chłodzie nie mamy siły ani ochoty rozbijać namiotu. Jutro musimy dotrzeć do Trondheim, gdzie mamy już zarezerwowany nocleg, więc plan jest prosty – szybko spać i rano w drogę.

Najpierw jednak zasłużony posiłek – jak szaleć, to szaleć. W okolicy nie ma dużego wyboru, więc lądujemy w restauracji kempingowej… a właściwie to bardziej „stołówce kempingowej” 😉 Menu bardzo skromne – trzy zestawy obiadowe. Decydujemy się na rybę z frytkami i był to strzał w dziesiątkę – ryba przepyszna. Do tego dwa bursztynowe płyny i całość zamknęła się w kwocie 730 NOK (!!!)

Czwartek (4.07) – 532 km

Kierunek Trondheim

Dzisiaj pobudka o szóstej – trzeba nadrobić kilometrowe zaległości z wczoraj. Na szczęście po deszczu nie ma już śladu. Poranek wita nas pięknym słońcem i niemal bezchmurnym niebem. Z naszej hytki rozpościera się cudowny widok na fiord – bezcenny 😉

Wczoraj wieczorem zajrzeliśmy do rozkładów promów zaplanowanych na dziś… i niespodzianka. Jeden z promów kursuje tylko raz, maksymalnie dwa razy dziennie (w zależności od dnia tygodnia). Dziś ma tylko jeden rejs o 14:00. Dla nas to za późno, nie damy rady dojechać na kwaterę w Trondheim. Zmieniamy więc plan i pomijamy ostatnią część „Helgi” (Helgelandskysten Scenic Route).

Pozostaje nam jeden prom, który odpływa o 9:20. Nawigacja pokazuje, że mamy do niego niemal półtorej godziny jazdy, więc walczymy z czasem… i z pokusą zatrzymywania się na widoki. Robimy tylko jeden krótki przystanek w punkcie widokowym Hellåga – trudno się było oprzeć 😉

Po chwili odpoczynku kontynuujemy naszą pospieszną podróż przez „Helgę”. Na szczęście, udaje nam się dotrzeć na prom na czas.

Po zjechaniu z widokowej drogi nr 17, kierujemy się na główną trasę E6, która prowadzi nas prosto do Trondheim. Ruch znacząco się zwiększa, a widoki są już zupełnie inne niż nad wybrzeżem. Tu panują bardziej „nasze klimaty” – góry, lasy i tereny rolnicze. W ciągu dnia pojawia się coraz więcej chmur, słońce zaczyna się chować, a kilka razy łapie nas przelotny deszczyk. Sądzimy, że trafiamy na sam koniec opadów – mokra nawierzchnia wskazuje, że chwilę wcześniej padało solidnie. Na szczęście im bliżej Trondheim, tym pogoda lepsza. Miasto wita nas słońcem i delikatnym zachmurzeniem.

Dziś przekroczyliśmy koło podbiegunowe i wreszcie będziemy mieli prawdziwą noc. Co prawda niezbyt długą – słońce zachodzi o 23:26, a wstaje już o 3:18, ale jednak – ciemność będzie 🙂

Wieczorem siadamy nad naszym planem podróży i zastanawiamy się, co dalej. Prognozy od jutra nie pozostawiają złudzeń – nadciąga załamanie pogody i to solidne 🙁 Trzeba będzie trochę pokombinować…

Piątek (5.07) – 298 km

Deszcz, deszcz i deszcz …

Niestety prognozy się sprawdziły – od rana leje i to całkiem konkretnie. Zjadamy śniadanko, zbieramy rzeczy i pakujemy się… do łóżek 😉

Patrząc na rada pogodowy, wygląda na to, że jest szansa na poprawę. Ponowne otwarcie oka i okazuje się, że nie pada. Tym razem naprawdę się zbieramy, pakujemy rzeczy do skutiego i po 11-tej ruszamy rzucić okiem na Trondheim. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale całkowicie pominąłem to miasto w planach… A szkoda, bo z tego co widzę, jest tu kilka miejsc, które zdecydowanie warto odwiedzić 🙁

Podjeżdżamy w okolice starej części miasta, gdzie udaje się znaleźć parking dla motocykli. Zwiedzamy okolice rzeki Nidelvy, nad którą stoją kolorowe, drewniane domy. Odwiedzamy dwa charakterystyczne dla tego miasta budowle. Pierwsza to most Gamle Bybro z 1685 roku. Nieopodal znajduje się Katedra Nidaros (Nidarosdomen) z 1152 roku. Jest to potężna gotycka budowla wzorowana na angielskiej katedrze Canterbury. Niestety, oglądamy ją tylko z zewnątrz bo czas ucieka nieubłaganie i pora jechać dalej. Po drodze podjeżdżamy jeszcze w okolice skoczni narciarskiej położonej na zboczu wzgórza Granåsen..

Im dalej od Trondheim i bliżej Trasy Atlantyckiej, tym pogoda coraz gorsza. Finalnie znów zaczyna padać… i to tak na poważnie.

Trasa Atlantycka (Atlanterhavsvegen Scenic Route) w deszczu to zupełnie inna bajka niż ta, którą pamiętamy sprzed 9 lat. W słońcu wszystko wyglądało wówczas wspaniale a dzisiaj jest bardzo słabo. Szaro, mokro i zimno.

Deszcz nie odpuszcza, temperatura spada do 8°C, a my mokniemy coraz bardziej. W planie na dziś mieliśmy Trollstigen Camping ale mamy do niego jeszcze prawie 2 godziny jazdy i nie ma pewności czy będą dostępne na nim hytki. Camping ten miał być naszą bazą wypadową na Drogę Trolli… niestety, już w Norwegii dowiedzieliśmy się, że Trollstigen została zamknięta do końca 2024 roku. Powód? Osunięcia skał i zagrożenie dla życia. Tą „kultową” trasą już kiedyś jechaliśmy, ale bardzo chcieliśmy ją powtórzyć. Cóż, podobnie jak Trondheim, jak wodospad Værivassfossen i kilka innych punktów… może jeszcze kiedyś wrócimy.

Zmarznięci i zmęczeni deszczem postanawiamy szukać noclegu wcześniej. Pierwszy camping, który odwiedzamy, oferuje hytkę za… 1.300 NOK – dla nas to przesada. Jedziemy dalej i po pół godzinie trafiamy na Bjølstad Camp & Hytter. Tu cena za 4-osobową hytkę z aneksem kuchennym to 730 NOK. Trochę luksusu po sześciu godzinach jazdy w deszczu? Bierzemy! Tańsze opcje były, ale wszystkie zajęte. Dobrze, że zjechaliśmy wcześniej na nocleg, bo deszcz jeszcze przybrał na sile. Sześć godzin jechania w deszczu zupełnie nas wykończyło 🙁

W naszej hytce mamy nie tylko grzejnik, ale i kuchenkę elektryczną – nad nią stawiamy ruszt i suszymy rękawice przemoknięte do cna.

Trzymamy kciuki za to aby jutro było lepiej.

Sobota (6.07) – 163 km

Ålesund

Chyba wczoraj słabo trzymaliśmy kciuki, bo poranny widok za oknem nie nastraja optymizmem. Niebo zasnute szczelnie chmurami, z których sączy się mżawka… 🙁

Dzisiaj niewiele kilometrów do Ålesund, więc ponownie zakładamy kurtki przeciwdeszczowe i ruszamy. Po drodze, podobnie jak wczoraj dopada nas większy deszcz.

Dzisiaj mamy do pokonania tylko niewielki dystans do Ålesund, więc zakładamy ponownie przeciwdeszczówki i ruszamy w trasę. Po drodze, klasycznie już, dopada nas bardziej intensywny deszcz.

Na szczęście, gdy zbliżamy się do celu, deszcz ustaje. Nasza dzisiejsza kwatera znajduje się w miejscowości Vigra, oddalonej o 22 km od samego Ålesund. Szybko meldujemy się na miejscu, zrzucamy rzeczy i wracamy do miasta. Słońce zaczyna nieśmiało wyglądać zza chmur… może ten dzień jednak nie będzie stracony 😉

Zwiedzanie zaczynamy od wzgórza Aksla, położonego w centrum miasta. Z jego szczytu rozciąga się piękna panorama na całe Ålesund oraz okoliczne wyspy. Na wzgórze prowadzi 400 schodów, ale można też podjechać skutim. Wybieramy tą drugą opcję i wjeżdżamy na szczyt skąd dalej prowadzi ścieżka do punktu widokowego. Na miejscu okazuje się, że nawigacja trochę wywiodła nas w pole, bo można było dojechać prawie do samego punktu widokowego. Ale nie żałujemy – półgodzinny spacer był całkiem przyjemny.

Widok ze szczytu naprawdę robi wrażenie, choć słońce z nami pogrywa. Widzimy, jak oświetla odległe fragmenty miasta, a centrum z kolorowymi domami wciąż zostaje w cieniu. Próbujemy nie dać z wygraną ale zimny wiatr po pewnym czasie zmusza nas do rezygnacji z oczekiwania na ładną fotkę 😉

Zjeżdżamy ze wzgórza i po krótkich poszukiwaniach udaje się znaleźć parking dla motocykli. Słońce czasem wychodzi zza chmur i wtedy jest naprawdę przyjemnie, ale gdy się chowa – robi się od razu zimno. Zakładam kurteczkę i patrzę z przerażeniem na ludzi, którzy kąpią się w morzu… brrr.

Ålesund to bardzo urokliwe miasto. Szczególne wrażenie robią budynki w okolicach portu, choć dalej też jest ładnie. Co ciekawe, próżno tu szukać typowych norweskich, drewnianych domków. Z przewodnika dowiadujemy się, że powodem jest wielki pożar z 1904 roku, który doszczętnie zniszczył miasto. Spłonęło wówczas 850 domów, a po pożarze miasto zostało zaprojektowane na nowo.

Resztę dnia spędzamy spacerując po malowniczych uliczkach, a wieczorem wracamy do Vigry. Nasze dzisiejsze mieszkanko to osobny budynek nad garażem – na dole łazienka i aneks kuchenny, na górze sypialnia i pokój dzienny. Piszę o tym tyle, bo to najładniejsza miejscówka, na jaką trafiliśmy do tej pory. A cena? Sporo niższa niż niektóre hytki, w których nocowaliśmy 😉

Niedziela (7.07) – 369 km

Zmiana planów

Poranek nie zapowiada nic dobrego. Niebo szczelnie zasnute chmurami, a podczas pakowania zaczyna padać delikatna mżawka 🙁

Wczoraj wieczorem, analizując prognozy, byliśmy zmuszeni zmienić nasz plan podróży. Pogoda brutalnie zweryfikowała nasze zamiary.

Pierwotnie planowaliśmy odbić dzisiaj w stronę drogi nr 55 i przez kolejne trzy dni – okrężną trasą – zmierzać do Języka Trolla. Po drodze chcieliśmy:

      • kolejką Skylift Loen wjechać na szczyt Hoven (1011 m.n.p.m.),
      • przejechać Sognefjellet Scenic Route, która podobno zapewnia piękne krajobrazy,
      • obejrzeć z bliska lodowiec Nigardsbreen,
      • przejechać Lærdal Tunnel, najdłuższy drogowy tunel na świecie (24,5 km) biegnący pod Drogą Śnieżną, którą jechaliśmy w czasie naszego poprzedniego pobytu w Norwegii,
      • odwiedzić malowniczą miejscowość Flåm i przejechać się koleją widokową.

Niestety, z całej tej listy musimy zrezygnować. Nasz plan zakładał dwa obowiązkowe punkty wyprawy: Nordkapp i Język Trolla, na który nie udało nam się wejść poprzednio. Prognozy pogody są bezlitosne – jedyny słoneczny dzień w tym tygodniu to wtorek i musimy go wykorzystać właśnie na Trolltungę.

Dlatego zmieniamy trasę i ruszamy prosto w stronę kolejnego noclegu. Po drodze zahaczamy o ciekawostkę geologiczną – Kannesteinen, czyli charakterystyczny „kamyczek” wyrzeźbiony przez morze.

Cały dzień upływa pod znakiem chłodu, wiatru i przelotnych opadów. Chociaż i tak – patrząc na wcześniejsze prognozy – nie było najgorzej. Miało lać non-stop, a w rzeczywistości deszcz pojawiał się tylko miejscami.

Taka ciekawostka … my tutaj narzekamy na deszcz i temperaturę oscylującą wokół 8 stopni gdy w tym samym czasie w Polsce narzekają na temperatury przekraczające znacznie 30 stopni. I tak źle, i tak niedobrze 😉

Jeśli wczoraj zachwycałem się naszą miejscówką, to dzisiaj jest zupełnie odwrotnie. Dzisiejszy nocleg to, powiedzmy… mocno przeciętna miejscówka. Choć samo miasteczko Leikanger tonie w różach – dosłownie wszędzie pełno tych kwiatów, co trochę osładza klimat. Udało nam się też trafić na pięknie odrestaurowane stare Volvo, na które miło popatrzeć.

Zapraszam do czwartej części Norwegii 2024

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *