
Poprzednia część opisu nie kończy się zbyt optymistycznie. W tej części okaże się, że jednak trochę szczęście nam sprzyja 🙂
Poniedziałek (1.07) – 112 km
Skuti ożywa 🙂
Noc była zimna – o poranku, gdy wstaliśmy o 6:00, termometr pokazywał zaledwie 11,5°C.
Spakowani, siedzimy i czekamy na lawetę. Gość miał być w okolicach godziny 8:00. O 9:00 pierwszy telefon do ubezpieczyciela…
Czekamy… nic się nie dzieje. Dobrze, że przynajmniej pogoda zaczyna się poprawiać – słupek rtęci wspina się do 17°C. Szaleństwa nie ma, ale słońce grzeje mocno i pierwszy raz od początku wyjazdu szukam cienia.
Dzień mija nam pod znakiem czekania, przerywanego kolejnymi rozmowami z ubezpieczycielem. Za każdym razem słyszymy, że „działają” i że „ktoś oddzwoni” – i tak w kółko…
To w pewnym sensie ciekawe doświadczenie – oby jednak nie do powtórki. Miałem wykupiony maksymalny wariant assistance, ale dopiero dziś przekonałem się, co faktycznie się pod tym hasłem kryje. Z każdą rozmową odkrywałem nowe opcje, które mi przysługują, ale nikt nie chciał od razu przedstawić całego pakietu możliwości.
Po wielu rozmowach dowiedzieliśmy się, że jedyny serwis, który może przyjąć skutiego, to ASO BMW w Bodø – pierwszy możliwy termin… za 1,5 tygodnia 🙁
Po długich ustaleniach zapadła decyzja: dostaniemy norweski samochód zastępczy na dwa dni, żeby móc ruszyć się z kempingu i zrobić zakupy. Kemping, choć pięknie położony, leży na totalnym odludziu. W tym czasie laweta z Polski przywiezie właściwy samochód zastępczy, którym będziemy kontynuować podróż. Skuti wróci na tej samej lawecie do kraju – ale nie do domu, tylko bezpośrednio do serwisu. Wskazałem ten, w którym był ostatnio na przeglądzie.
Plan ustalony. Może nieidealny, bo dalsza podróż „puszką”, ale i tak super, że nie musimy przerywać wyjazdu. Dzwonię do mojego mechanika, żeby uprzedzić go o dostarczeniu skutiego. Pyta, co się stało. Opowiadam: w piątek wieczorem wszystko działało, w sobotę nie jeździliśmy przez deszcz i wiatr, a w niedzielę rano skuti nie odpalił. W odpowiedzi słyszę, że to częsta bolączka tego modelu (sic!). Korodują styki od przekaźników, w tym od pompy paliwa – wystarczy wyjąć, przeczyścić i powinno działać. Dlaczego nie zadzwoniłem wcześniej?! Błędnie założyłem, że na odległość nic nie pomoże… 🙁
Pora brać się do roboty. Do czyszczenia styków idealnie nadał się… pilniczek do paznokci. Po włożeniu przekaźników i włączeniu zapłonu – pompa paliwa zaczęła pracować! Skuti jednak nadal nie chce odpalić. Czuję, że akumulator jest już „zmęczony” wcześniejszymi próbami. Od sąsiada Niemca pożyczamy kable rozruchowe i podpinamy się pod jego auto. Trochę kręcenia rozrusznikiem i… skuti ożył! 🙂
Cała akcja z ubezpieczycielem odwołana. Możemy kontynuować podróż skutim… uff!
Jest już po 16-tej, ale mimo to decydujemy się ruszyć w drogę – celem jest kolejny kemping, na końcu Lofotów. Po drodze chłoniemy piękne widoki archipelagu. Pierwszy przystanek robimy w punkcie widokowym Torvdalshalsen, położonym na wzgórzu, na południe od jeziora Torvdalsvatnet.
Jedziemy dalej i zatrzymujemy się na plaży Rambergstranda, leżącej nad zatoką Jusnesvika. Gdyby nie temperatura, to plażę z cudownym piaskiem i lazurowym morzem bez problemu można byłoby pomylić z tropikami 😉




































