
Podczas tego wyjazdu postanowiliśmy po dziewięciu latach wrócić do Norwegii, spędzić tam więcej czasu i dotrzeć jeszcze dalej. Tym razem tak daleko, że dalej się już właściwie nie da – jednym z głównych celów był Nordkapp.
Początkowo planowałem pokonać niemal całą trasę drogą lądową, jadąc z Polski przez Litwę, Łotwę i Estonię, a następnie przeprawiając się promem do Finlandii, skąd chciałem dotrzeć na Nordkapp. Powrót zakładałem wzdłuż norweskiego wybrzeża, dalej przez Szwecję, Danię i Niemcy, aż do Polski. Ponieważ jednak nie chodziło tylko o samo przejechanie trasy, ale także o zwiedzanie i odpoczynek, szacowałem, że taka podróż zajmie mi około 45-50 dni. Niestety, tyle czasu nie mieliśmy, więc planując trasę, dwukrotnie uwzględniłem przeprawy promowe przez Bałtyk. Nawet przy takim skróceniu wciąż potrzebowałem ponad trzech tygodni urlopu.
Przygotowania
Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym przed wyjazdem nie spędził wielu godzin w garażu, dłubiąc przy sprzęcie. Zmodyfikowałem zaczep do przyczepki – teraz jest sztywniejszy i łatwiejszy do wypinania. Przerobiłem również uszkodzony w Rumunii przegub, tym razem stosując większe i mocniejsze łożyska. Wymieniłem też zawias na aluminiowy, a przy okazji postanowiłem dodać możliwość jego łatwego rozpięcia, gdyby zaszła potrzeba zdjęcia pokrywy. Jak się później okazało, przez cały wyjazd tej funkcji nie użyłem – zawias nie został ani razu rozpięty, bo świetnie sprawdziły się amortyzatory utrzymujące pokrywę w pozycji otwartej. Bez tej opcji zawias byłby znacznie prostszy do wykonania, ale cóż – człowiek uczy się na błędach.
Przygotowanie skutiego i przyczepki od strony technicznej to jedno, ale równie istotna była logistyka – zaplanowanie prowiantu i ubrań na ponad trzy tygodnie. Tym zajęła się Agata, która musiała precyzyjnie obliczyć ilość rzeczy do zabrania, biorąc pod uwagę ograniczone możliwości transportowe skutiego. Mieliśmy dwie identyczne torby podróżne, które idealnie pasowały do przyczepki – one stały się naszym limitem bagażowym 😉
Jeśli chodzi o jedzenie, postawiliśmy na maksymalną samowystarczalność. Po pierwsze – Norwegia jest krajem drogim (przykłady cen poniżej), po drugie – nie chcieliśmy tracić czasu na szukanie jedzenia. Agata skompletowała zapasy: zupy, liofilizowane obiady, owsiankę, konserwy, kabanosy, batony, napoje energetyczne i inne drobne przekąski. Zakupy w trasie ograniczaliśmy do podstawowych produktów, takich jak pieczywo i nabiał. Wodę można było pić praktycznie z każdego ujęcia, więc nie musieliśmy jej gromadzić.
Po doświadczeniach z Rumunii wiedziałem, że przygotowanie trasy to kluczowy element podróży. Spędziłem wiele godzin, przeszukując internet i tworząc listę miejsc polecanych przez innych podróżników. Oczywiście, takich miejsc było mnóstwo – wystarczyłoby ich na kilka kolejnych wypraw do Norwegii. Pierwsza selekcja była dość intuicyjna: „to mi się podoba, a to trochę mniej, więc może innym razem”. Potem przyszła kolej na nanoszenie punktów na mapę i próbę ułożenia sensownej trasy. W tym momencie kolejne lokalizacje odpadały – niektóre były po prostu zbyt daleko od głównego kierunku. Brzmi prosto, ale każdy, kto kiedyś planował podobną podróż, wie, ile czasu pochłania takie układanie trasy.
To tyle z przygotowań … pora ruszać w drogę.
Tak jak wspomniałem wcześniej, cała nasza wycieczka trwała dość długo, więc opis podzieliłem na części aby łatwiej się go czytało.
Czwartek (20.06) – 373 km
Kierunek Bałtyk
W planie na dziś jest przejazd przez Polskę do Gdańska, skąd promem popłyniemy do Szwecji. Wczorajszy upalny dzień zakończył się gwałtowną burzą z gradem, ale dziś temperatura jest przyjemna – 25 stopni..
Jedziemy w kierunku Bałtyku. Byłoby idealnie, gdyby nie uciążliwy, mocny boczny wiatr. Przyczepka z nowym zaczepem prowadzi się stabilniej, ale powyżej 110 km/h ma tendencję do wężykowania. Tak, wiem że nie jest to prędkość z którą powinienem jechać 😉
Do Gdańska docieramy bez problemów. Mamy czas na obiad w znalezionej przy drodze knajpie – wygląd przeciętny, ale jedzenie smaczne. Następnie kierujemy się na przystań promową. Obsługa kieruje nas na początek kolejki, gdzie stoją już inne motocykle. Omijamy więc samochody i ustawiamy się z przodu – jedna z zalet podróżowania na motocyklu 🙂
Wjazd na prom przebiega sprawnie. Tym razem jesteśmy lepiej przygotowani i mamy podręczny plecak z rzeczami potrzebnymi na czas rejsu.
Po wypłynięciu na pełne morze zaczyna bujać – korytarzami chodzimy „wężykiem”, choć nie jest to efekt napojów z procentami 😉
Piątek (21.06) – 461 km
Początek Skandynawii
Rano budzi nas komunikat o otwarciu restauracji. Prom wypłynął z Gdańska o 18:00, a zgodnie z planem w Nynäshamn mamy być o 12:00. Idziemy więc niespiesznie na śniadanie – wykupione razem z biletem, w formie szwedzkiego stołu. Uważam, że nie był to dobry wybór, bo kosztowało prawie 140 zł za dwie osoby. Może w drodze powrotnej skorzystamy z bufetu, gdzie płaci się za konkretne produkty.
Po przypłynięciu do Szwecji ruszamy w stronę Sztokholmu do którego mamy około 60 km. Niestety, mijamy miasto tranzytem – czas nas goni. Z głównej drogi zerkamy na centrum i żałujemy, że nie możemy zostać dłużej. Może kiedyś …
Dzisiejsza trasa to głównie autostrada. W Szwecji na takiej drodze obowiązuje ograniczenie prędkości do 110 km/h, choć na długich odcinkach podniesione jest do 120 km/h. Nie znalazłem informacji o dopuszczalnej prędkości skutiego z przyczepą, ale samochody z przyczepą mogą jechać maksymalnie 80 km/h – więc trzymam się z małym plusem tego tego limitu, szczególnie że wszędzie są fotoradary.
Na nocleg wybrałem Slädavikens Camping na wyspie Alnön – miał najlepsze opinie. Podjeżdżamy i faktycznie cicha okolica, kameralny kemping. Pan na recepcji mówi jednak, że nie ma już miejsc. Trochę dziwne bo jak patrzymy to nasz namiocik pewnie by się zmieścił no ale trudno …. 🙁
Pan kieruje nas na większy Vivstavarvstjärns Camping. Po 16 km docieramy na miejsce i faktycznie nie ma problemu z miejscem na namiot (jedyny namiot na tym kempingu 🙂 ). Kemping sam w sobie jest całkiem fajny ale lokalizację ma fatalną – z jednej strony autostrada, z drugiej tory kolejowe.
Dzień był męczący. Mimo, że nie przejechaliśmy ogromnej liczby kilometrów, nasze „cztery litery” odczuwają długie godziny w siodle. Powoli przyzwyczajamy się też do białych nocy – dziś słońce schowa się za horyzont o 22:53, a pojawi się ponownie już o 2:52 😉
Sobota (22.06) – 636 km
Przejazd przez Szwecję
Noc była ciężka i potwierdziła, że wybór kempingu tuż przy drodze to kiepski pomysł 🙁 Początkowo wzbraniałem się, ale ostatecznie skusiłem się na stopery do uszu – ciągły hałas nie dawał mi spać. Dodatkowo było dość rześko. Nie wiem, jaka była faktyczna temperatura, ale według prognoz miało być zaledwie 10 stopni.
Poranek wita nas pięknym słońcem. W jego promieniach jest przyjemnie ciepło, choć w cieniu powietrze wciąż pozostaje chłodne. Przed nami kolejny dzień tranzytu przez Szwecję – celem jest granica z Finlandią, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Gdy ruszamy w drogę, termometr pokazuje 18 stopni.
Z biegiem godzin i kilometrów pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Temperatura najpierw pnie się w górę do 24 stopni, by potem spaść do 16, po czym znów zaczyna rosnąć. W ciągu dnia zwiększa się też zachmurzenie, ale pod wieczór niebo znów robi się błękitne. Niestety, to kolejny dzień z dokuczliwym wiatrem.
Podróż jest dziś nużąca – to po prostu kolejne kilometry autostrady nawijane na koła. Można by powiedzieć, że to totalna nuda… gdyby nie łoś, który dostarczył nam solidnej dawki adrenaliny! Kilkadziesiąt kilometrów przed celem niewiele brakowało, a mielibyśmy z nim bliskie spotkanie. Zwierzę postanowiło wejść na jezdnię – na szczęście zrobiło to dość nieśmiało i na nasz widok wybrało jednak pobocze. Nie obyło się jednak bez gwałtownego hamowania, więc w środku zrobiło się naprawdę gorąco.
Gdy docieramy do Tornio, czujemy się wyczerpani – za nami 10 godzin jazdy i ponad 600 km drogi. Na nocleg mamy zarezerwowany apartament… choć to słowo nie do końca oddaje rzeczywistość. No cóż – przynajmniej będzie cicho i ciepło 🙂
Hałas i chłód tym razem nam nie grożą, ale w zasypianiu może przeszkodzić coś innego… słońce. O ile minionej nocy mieliśmy jeszcze około 4 godzin ciemności, to dziś słońce nie zajdzie wcale. Mimo że do koła podbiegunowego mamy jeszcze sporo kilometrów, Tornio leży już tak daleko na północy, że trafiliśmy na okres, w którym przez 1,7 tygodnia trwa dzień polarny.
Niedziela (23.06) – 463 km
W drodze do Świętego Mikołaja
Dziś zapowiada się kolejny piękny dzień – od rana bezchmurne niebo i pełne słońce. Choć termometr pokazuje 18 stopni, na zewnątrz jest wyjątkowo przyjemnie. W końcu nie wieje!
Po śniadanku, w dobrych nastrojach, ruszamy w dalszą drogę. Dziś czeka na nas pierwsza atrakcja wyprawy – Wioska Świętego Mikołaja. Wiem, wiem… to nie do końca odpowiednia pora roku na odwiedziny w takim miejscu, ale zimą raczej trudno byłoby tu dotrzeć skutim 🙂
Z materiałów, które zbierałem przed wyjazdem, wynika, że okolice Rovaniemi tradycyjnie uznawano za siedzibę Świętego Mikołaja, a liczba odwiedzających rosła z każdym rokiem. W latach 80-tych postanowiono więc wybudować w tym miejscu jego wioskę. Dziś na adres Mikołaja przychodzi rocznie ponad 700 000 listów ze 150 krajów.
Na miejscu można odwiedzić Pocztę Świętego Mikołaja, Biuro Świętego Mikołaja i nawet zrobić sobie fotkę ze Świętym … oczywiście za opłatą.
Może zimą, pod śnieżną pierzyną, wszystko wygląda bardziej magicznie, ale przy dwudziestu kilku stopniach na plusie i lecącym z głośników „Jingle Bells” klimat jest nieco… osobliwy 😉 Wioska to także mnóstwo sklepów i punktów gastronomicznych, gdzie każdy drobiazg kosztuje sporo „ojro”. Na pamiątkę wysyłamy do domu kartkę z wizerunkiem Świętego.
Przez wioskę symbolicznie przebiega koło podbiegunowe. W rzeczywistości, na skutek powolnych zmian kąta nachylenia osi Ziemi, koło to obecnie znajduje się 2,2 km dalej na północ. Oznaczona w wiosce lokalizacja odpowiada stanowi z 1867 roku. To tyle net na ten temat ale fotkę przy kole podbiegunowym i tak sobie zrobiliśmy (i to nie jedną 😉 ).
Po niemal dwóch godzinach spędzonych w wiosce, w dobrych nastrojach ruszamy dalej – celem jest Lemmenjoki Camping Ecocabins przy granicy z Norwegią.
Co około 300 km skuti domaga się paliwa. Trafiamy na stację Neste, gdzie cena to… 1,999 EUR/l. Dawno nie było żadnej innej stacji, a rezerwa świeci się już od jakiegoś czasu, więc tankujemy. Jak się okazuje, kilka kilometrów dalej mijamy stacje z dużo niższymi cenami… cóż, pech.
Dziś znów spotykamy renifera – tym razem widzimy go z daleka, jak spokojnie przechodzi przez drogę. Żeby zrobić zdjęcie, zbaczamy za nim na leśną ścieżkę. Jakoś wydawało mi się, że renifery są większe…
Wcześniej skuti domagał się się „jedzonka” a teraz nasze brzuchy również. Znajdujemy piękne miejsce nad rzeką, oznaczone specjalną tabliczką (zdjęcie poniżej). Byłoby idealnie, gdyby nie chmary końskich much, które nie dają spokojnie zjeść drugiego śniadania.
Jadąc dalej, nawierzchnia zaczyna się pogarszać – co jakiś czas asfalt się kończy i przez kilkaset metrów jedziemy po szutrze. Nie mam pojęcia, dlaczego występują te przerwy w asfalcie, ale na jednym z takich odcinków spotykamy kolejnego renifera. Zupełnie się nas nie boi – powiedziałbym nawet, że nas ignoruje a jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Powoli go mijamy i ruszamy dalej.
Narzekam sobie na te szutrowe fragmenty, aż tu nagle… znak informujący, że następne 57 km to droga szutrowa! I jeszcze ciekawostka – ograniczenie prędkości to 80 km/h. Muszę przyznać, że jak na taki typ drogi, nawierzchnia jest w niezłym stanie. Owszem, są dziury i nie da się wszystkich ominąć, co boleśnie odczuwamy, ale udaje nam się utrzymać prędkość około 60 km/h.
Skuti znów chce paliwa. Po zakończeniu szutrowego odcinka pojawia się informacja, że zaraz będzie stacja. Rzut oka i… no cóż, wygląda jak relikt minionej epoki. Postanawiamy jechać do następnej, ale gdy sprawdzam mapę, okazuje się, że do kempingu zostało jeszcze prawie 100 km, a po drodze nie ma już żadnej stacji. Czy mi się to podoba, czy nie – muszę zawrócić i zatankować tutaj.
Nie znam ceny paliwa, a stacja wygląda jakby pamiętała czasy wojny, więc wlewam tylko 5 litrów. Oby wystarczyło.
Kilka kilometrów dalej natrafiamy na kolejny znak ostrzegawczy z info, że dotyczy 60 km. Myślę sobie: „Znów szuter?”. Tłumacz wyjaśnia, że chodzi o „uszkodzoną nawierzchnię”… I faktycznie – droga okazuje się w fatalnym stanie. Paradoksalnie, na szutrowym odcinku jechało się lepiej.
Gdy w końcu docieramy do miejsca wskazanego przez nawigację, okazuje się, że… kempingu nie ma. Stoimy przy drodze w środku lasu, a GPS uparcie twierdzi: „Jesteś na miejscu” 🙁
Zawracamy – kilka kilometrów wcześniej widziałem drogowskaz na hytki. Skręcamy i po drodze spotykamy kolejne renifery z młodymi. W końcu niby coś znajdujemy, ale na miejscu nie ma żywej duszy.
Szukamy dalej w mapach jakiegoś noclegu. W końcu okazuje się, że kawałek za miejscem, gdzie zawróciliśmy, faktycznie znajduje się kemping. Wynajmujemy hytkę za 40 EUR. Sam domek jest w porządku, ale zaplecze sanitarne… cóż, pozostawia wiele do życzenia.
Poniedziałek (24.06) – 447 km
Nordkapp – na krańcu Europy
Noc była daleka od komfortowej – komary nie dawały nam spokoju. Są ich tutaj całe roje i nie mam pojęcia, jak można z nimi normalnie funkcjonować.
Kiedy kładliśmy się spać koło północy, słońce świeciło na bezchmurnym niebie. Teraz jednak niebo jest szczelnie zasnute ciężkimi chmurami. To pierwszy tak pochmurny poranek podczas tej podróży. W trakcie śniadania zaczyna nawet padać, ale na szczęście to tylko przelotny deszcz – po chwili zaczyna się rozpogadzać.
Pakujemy się w towarzystwie natrętnych komarów i jak najszybciej od nich uciekamy. Początkowo niebo jest jeszcze w miarę pogodne, ale im bliżej granicy z Norwegią, tym staje się ciemniejsze, aż w końcu zaczyna padać. Deszcz nie jest intensywny, więc po prostu zakładamy przeciwdeszczowe kurtki i ruszamy dalej. Opady towarzyszą nam przez większość drogi na Nordkapp, ale na szczęście, im bliżej celu, tym bardziej się rozpogadza.
Naszym dzisiejszym celem jest Przylądek Północny (Nordkapp), który znajduje się na wyspie Magerøya. Na wyspę prowadzi nas podmorski tunel Nordkapp o długości 6870 metrów i głębokości 212 metrów poniżej poziomu morza. Wrażenie robi duże nachylenie jezdni – najpierw stromy zjazd, a potem równie stromy podjazd. Temperatura w tunelu spada do 8 stopni, co momentalnie czuć.
Na szczęście wcześniej zarezerwowaliśmy nocleg w Hytte Camp Nordkapp Red, co okazuje się świetną decyzją. Na obydwu tutejszych kempingach, prowadzonych przez Polaków, miejsca szybko się kończą. Bez wcześniejszej rezerwacji moglibyśmy mieć problem ze znalezieniem noclegu.
Po zameldowaniu jemy obiadek, zostawiamy bagaże oraz przyczepkę i ruszamy na najbardziej na północ wysunięty skrawek Europy.
W tym miejscu należy powiedzieć, że to nie do końca prawda, iż jest to końcówka Europy – wszystko zależy od tego jak na to spojrzeć. Na pewno jest to najbardziej popularny i relatywnie łatwo dostępny „koniec Europy”. W rzeczywistości inny przylądek, znajdujący się na tej samej wyspie około 4 kilometry dalej na północny zachód, Knivskjellodden, jest wysunięty o 1457 m bardziej na północ niż Nordkapp. Obydwa te przylądki leżą na wyspie, zatem za najdalej na północ wysunięty skrawek lądu stałego Europy należy uznać Nordkinn (Kinnarodden), który leży o około 4,7 km dalej od bieguna niż Nordkapp. Zaś najdalej na północ wysunięty punkt Europy (wraz z wyspami) to przylądek Fligely na Wyspie Rudolfa (Ziemia Franciszka Józefa). Tak więc Nordkapp to bardzo umowny „koniec Europy”.
Droga na Nordkapp okazuje się wyzwaniem – silny wiatr próbuje nas zepchnąć z drogi, ale jakoś udaje się dotrzeć do celu. Zostawiamy skutiego na płatnym parkingu i ruszamy w stronę globusa, aby zrobić pamiątkowe zdjęcie. Niestety pogoda nie dopisuje – bezpośrednio nad nami niebo jest zasnute chmurami. Błękitne niebo widać tylko w oddali.
Wiatr, który dawał się we znaki podczas jazdy, na 307-metrowym klifie jest jeszcze silniejszy. Wieje tak mocno, że trudno mi utrzymać aparat nieruchomo. Po pół godziny czekania czekania na słońce jesteśmy tak zmarznięci, że poddajemy się i wracamy do skutiego.
Mimo że jest już po 20-tej, nie wracamy na nocleg. Skoro można dotrzeć jeszcze dalej na północ, jedziemy na drugi parking, skąd pieszo ruszamy w stronę Knivskjellodden.
Szlak jest słabo oznaczony – musimy wypatrywać czerwonych liter „T” namalowanych na kamieniach. Droga w kierunku przylądka prowadzi z górki, bo w przeciwieństwie do Nordkapp, będącego wysokim klifem, tutaj teren łagodniej schodzi do morza. Krajobraz jest surowy – kamienie, niska roślinność, strumyki i oczka wodne.
Po niecałych trzech godzinach marszu docieramy do obelisku wskazującego Knivskjellodden. Końcówka trasy jest najtrudniejsza – najpierw strome zejście, potem wędrówka po skałach i rozpadlinach.
W przeciwieństwie do zatłoczonego Nordkapp, tutaj panuje cisza i spokój. Spotkaliśmy po drodze zaledwie kilka osób, a na miejscu widzimy tylko jeszcze jedną parę. Można więc powiedzieć, że tylko my i natura. Wiatr jakoś też mniej tutaj dokucza. Siedzimy i napawamy się tym miejscem. W nagrodę za dojście otrzymujemy prezent – w zatoce pojawiają się orki. Trudno policzyć, ile ich było, ale napewno więcej niż jedna, gdyż pióropusze z wypuszczanego powietrza pojawiały się w różnych miejscach zatoczki.
W ten piękny sposób minęła nam północ i pora wracać do skutiego.
Powrót okazuje się masakrą. Jesteśmy już zmęczeni całym dniem i wędrówką w jedną stronę. Na początek czeka nas strome podejście, które całkowicie mnie wykańcza. Potem droga ciągle się wznosi – pod górę, trochę w dół, potem znowu pod górę… Za każdym kolejnym szczytem mamy nadzieję, że to już ten ostatni i za nim czeka parking. Niestety, najczęściej to tylko kolejny szczyt…
Na pocieszenie spotykamy stado reniferów, które przyglądają nam się z zaciekawieniem – jakby zastanawiały się, co tu robimy. Patrzę na nie z zazdrością – poruszają się z taką gracją po skałach, jakby to nie wymagało od nich żadnego wysiłku.
Ostatecznie o 3:00 nad ranem, po 6,5 godziny wędrówki, docieramy do parkingu. Gdy ruszamy, skuti pokazuje zaledwie 8 stopni. Finalnie „dzień” kończymy około 4:00 nad ranem (hmm … tutaj mam problem czy to właściwe określenie bo nocy o tej porze roku brak 😉 )













































































































































































