Norwegia 2024 (cz. 1)

Podczas tego wyjazdu postanowiliśmy po dziewięciu latach wrócić do Norwegii, spędzić tam więcej czasu i dotrzeć jeszcze dalej. Tym razem tak daleko, że dalej się już właściwie nie da – jednym z głównych celów był Nordkapp.

Początkowo planowałem pokonać niemal całą trasę drogą lądową, jadąc z Polski przez Litwę, Łotwę i Estonię, a następnie przeprawiając się promem do Finlandii, skąd chciałem dotrzeć na Nordkapp. Powrót zakładałem wzdłuż norweskiego wybrzeża, dalej przez Szwecję, Danię i Niemcy, aż do Polski. Ponieważ jednak nie chodziło tylko o samo przejechanie trasy, ale także o zwiedzanie i odpoczynek, szacowałem, że taka podróż zajmie mi około 45-50 dni. Niestety, tyle czasu nie mieliśmy, więc planując trasę, dwukrotnie uwzględniłem przeprawy promowe przez Bałtyk. Nawet przy takim skróceniu wciąż potrzebowałem ponad trzech tygodni urlopu.

Przygotowania

Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym przed wyjazdem nie spędził wielu godzin w garażu, dłubiąc przy sprzęcie. Zmodyfikowałem zaczep do przyczepki – teraz jest sztywniejszy i łatwiejszy do wypinania. Przerobiłem również uszkodzony w Rumunii przegub, tym razem stosując większe i mocniejsze łożyska. Wymieniłem też zawias na aluminiowy, a przy okazji postanowiłem dodać możliwość jego łatwego rozpięcia, gdyby zaszła potrzeba zdjęcia pokrywy. Jak się później okazało, przez cały wyjazd tej funkcji nie użyłem – zawias nie został ani razu rozpięty, bo świetnie sprawdziły się amortyzatory utrzymujące pokrywę w pozycji otwartej. Bez tej opcji zawias byłby znacznie prostszy do wykonania, ale cóż – człowiek uczy się na błędach.

Przygotowanie skutiego i przyczepki od strony technicznej to jedno, ale równie istotna była logistyka – zaplanowanie prowiantu i ubrań na ponad trzy tygodnie. Tym zajęła się Agata, która musiała precyzyjnie obliczyć ilość rzeczy do zabrania, biorąc pod uwagę ograniczone możliwości transportowe skutiego. Mieliśmy dwie identyczne torby podróżne, które idealnie pasowały do przyczepki – one stały się naszym limitem bagażowym 😉

Jeśli chodzi o jedzenie, postawiliśmy na maksymalną samowystarczalność. Po pierwsze – Norwegia jest krajem drogim (przykłady cen poniżej), po drugie – nie chcieliśmy tracić czasu na szukanie jedzenia. Agata skompletowała zapasy: zupy, liofilizowane obiady, owsiankę, konserwy, kabanosy, batony, napoje energetyczne i inne drobne przekąski. Zakupy w trasie ograniczaliśmy do podstawowych produktów, takich jak pieczywo i nabiał. Wodę można było pić praktycznie z każdego ujęcia, więc nie musieliśmy jej gromadzić.

Po doświadczeniach z Rumunii wiedziałem, że przygotowanie trasy to kluczowy element podróży. Spędziłem wiele godzin, przeszukując internet i tworząc listę miejsc polecanych przez innych podróżników. Oczywiście, takich miejsc było mnóstwo – wystarczyłoby ich na kilka kolejnych wypraw do Norwegii. Pierwsza selekcja była dość intuicyjna: „to mi się podoba, a to trochę mniej, więc może innym razem”. Potem przyszła kolej na nanoszenie punktów na mapę i próbę ułożenia sensownej trasy. W tym momencie kolejne lokalizacje odpadały – niektóre były po prostu zbyt daleko od głównego kierunku. Brzmi prosto, ale każdy, kto kiedyś planował podobną podróż, wie, ile czasu pochłania takie układanie trasy.

To tyle z przygotowań … pora ruszać w drogę.

Tak jak wspomniałem wcześniej, cała nasza wycieczka trwała dość długo, więc opis podzieliłem na części aby łatwiej się go czytało.

Czwartek (20.06) – 373 km

Kierunek Bałtyk

W planie na dziś jest przejazd przez Polskę do Gdańska, skąd promem popłyniemy do Szwecji. Wczorajszy upalny dzień zakończył się gwałtowną burzą z gradem, ale dziś temperatura jest przyjemna – 25 stopni..

Jedziemy w kierunku Bałtyku. Byłoby idealnie, gdyby nie uciążliwy, mocny boczny wiatr. Przyczepka z nowym zaczepem prowadzi się stabilniej, ale powyżej 110 km/h ma tendencję do wężykowania. Tak, wiem że nie jest to prędkość z którą powinienem jechać 😉

Do Gdańska docieramy bez problemów. Mamy czas na obiad w znalezionej przy drodze knajpie – wygląd przeciętny, ale jedzenie smaczne. Następnie kierujemy się na przystań promową. Obsługa kieruje nas na początek kolejki, gdzie stoją już inne motocykle. Omijamy więc samochody i ustawiamy się z przodu – jedna z zalet podróżowania na motocyklu 🙂

Wjazd na prom przebiega sprawnie. Tym razem jesteśmy lepiej przygotowani i mamy podręczny plecak z rzeczami potrzebnymi na czas rejsu.

Po wypłynięciu na pełne morze zaczyna bujać – korytarzami chodzimy „wężykiem”, choć nie jest to efekt napojów z procentami 😉

Piątek (21.06) – 461 km

Początek Skandynawii

Rano budzi nas komunikat o otwarciu restauracji. Prom wypłynął z Gdańska o 18:00, a zgodnie z planem w Nynäshamn mamy być o 12:00. Idziemy więc niespiesznie na śniadanie – wykupione razem z biletem, w formie szwedzkiego stołu. Uważam, że nie był to dobry wybór, bo kosztowało prawie 140 zł za dwie osoby. Może w drodze powrotnej skorzystamy z bufetu, gdzie płaci się za konkretne produkty.

Po przypłynięciu do Szwecji ruszamy w stronę Sztokholmu do którego mamy około 60 km. Niestety, mijamy miasto tranzytem – czas nas goni. Z głównej drogi zerkamy na centrum i żałujemy, że nie możemy zostać dłużej. Może kiedyś …

Dzisiejsza trasa to głównie autostrada. W Szwecji na takiej drodze obowiązuje ograniczenie prędkości do 110 km/h, choć na długich odcinkach podniesione jest do 120 km/h. Nie znalazłem informacji o dopuszczalnej prędkości skutiego z przyczepą, ale samochody z przyczepą mogą jechać maksymalnie 80 km/h – więc trzymam się z małym plusem tego tego limitu, szczególnie że wszędzie są fotoradary.

Na nocleg wybrałem Slädavikens Camping na wyspie Alnön – miał najlepsze opinie. Podjeżdżamy i faktycznie cicha okolica, kameralny kemping. Pan na recepcji mówi jednak, że nie ma już miejsc. Trochę dziwne bo jak patrzymy to nasz namiocik pewnie by się zmieścił no ale trudno …. 🙁