
Gdy w 2015 roku byliśmy na naszej pierwszej dużej wyprawie motocyklowej, stwierdziliśmy, że taką podróż powinniśmy odbywać przynajmniej co dwa lata. No cóż … rzeczywistość trochę zweryfikowała nasze plany ale w końcu w ubiegłym roku udało się pojechać. Tym razem obraliśmy kierunek odwrotny. Było kilka pomysłów ale w końcu padło na Włochy. Zapraszam do opisu naszej wyprawy.
Przygotowania
Jako, iż rocznie przejeżdżam dość sporo kilometrów, to od czasu Norwegii na liczniku Hondy przybyło ich znacznie. Zapadła więc decyzja o odmłodzeniu pojazdu. Tylko co kupić w zamian? Do takiej wyprawy lepszy pewnie byłby typowy duży motocykl turystyczny. Ja jednak jednoślad wykorzystuję na codzienne dojazdy do pracy i bardzo cenię sobie praktyczność skutera w takich warunkach. Zakupione zostało więc BMW C650GT.
Z wcześniejszych poszukiwań stelaża pod kufry boczne do Hondy wiedziałem, że w przypadku BMW będę miał łatwiej, gdyż GIVI produkuje taki stelaż. Okazało się jednak, że właściwym czasem jest w tym przypadku czas przeszły – produkowało. Owszem w kilku sklepach na świecie znalazłem informację o takim stelażu ale wszędzie było napisane, że produkt niedostępny. Musiałem więc powtórzyć operację zbudowania własnego stelaża. Postanowiłem wykorzystać główną ramkę, która została mi z Hondy i na jej bazie dobudować pozostałą część. W przypadku BMW stelaż okazał się dużo bardziej skomplikowany i sporo czasu zajęło mi jego zrobienie.
Innym aspektem przygotowania wyjazdu było zaplanowanie trasy. Finalnie chciałem dojechać do Półwyspu Amalfitańskiego zachodnim wybrzeżem Włoch a wrócić wybrzeżem wschodnim. Łatwo powiedzieć a gorzej zrobić (w zasadzie zaplanować). Pierwotnie myślałem o dwóch tygodniach urlopu ale jakbym się nie starał, to nie udawało mi się tej trasy upchnąć w takie ramy czasowe. Finalnie wycieczka została zaplanowana na trzy tygodnie.
Baaardzo dużo czasu pochłonęło wyszukiwanie miejsc wartych odwiedzenia a w zasadzie eliminacja tych miejsc. We Włoszech jest ich cała masa a my mieliśmy tylko trzy tygodnie. Planując podróż bazowałem w głównej mierze na dobrodziejstwach Internetu. Dwa główne blogi z których czerpałem pomysły na ciekawe miejsca to:
Kierunek Wlochy oraz Italia by Natalia. Ich autorom bardzo dziękuję za mnóstwo informacji i niejako pomoc w przygotowaniu naszej podróży 🙂
Niedziela (08.09) – 500 km
Deszczowy początek
W końcu nastał dzień wyjazdu, który ze względu na serwis skutiego opóźnił się o jeden dzień. Rano okazuje się, że nastąpi kolejne przesunięcie planu wyjazdu gdyż pada dosyć intensywy deszcz. Nie poddajemy się jednak i mocno trzymamy kciuki za to aby przestało padać. Finalnie udaje się wyjechać około 13-tej. Po drodze pogoda nas nie rozpieszcza. Niebo cały czas mocno zachmurzone i od czasu do czasu pada. Miejscami termometr pokazuje tylko 13 stopni więc szału nie ma 🙁
Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów przypominamy sobie, że w domu została kuchenka gazowa. No cóż … może jakoś to będzie. W końcu w Norwegii praktycznie była zbędna gdyż na każdym kempingu była kuchnia. Jak się później okaże, Włochy to nie Norwegia i inne zwyczaje tam panują.
Do Jeleniej Góry dojeżdżamy dopiero około 19-tej. Ambitne plany dotyczące zwiedzania miasta ograniczamy do krótkiego przejścia przez Stare Miasto w poszukiwaniu restauracji 🙂
Poniedziałek (09.09) – 170 km
Znowu deszcz
Poniedziałek wita nas znowu deszczem. Niebo zupełnie zasnute chmurami i nie wygląda na to aby miało być lepiej. Prognoza pogody również nie nastraja optymistycznie. Ruszamy jednak w kierunku Czech. Przez całą drogę do Pragi pada. Dobrze, że dzisiaj w planie zdecydowanie mniej kilometrów do przejechania niż wczoraj.
Po dojechaniu na miejsce okazuje się, że nasza miejscówka jest w obrębie Starego Miasta, gdzie parkować mogą tylko uprawnione do tego pojazdy. Skuti musi więc zostać odprowadzony kilka przecznic dalej, gdzie parkowanie przy ulicy dostępne jest dla wszystkich. Z pewnym niepokojem porzucamy go tam na noc ale nie mamy specjalnego wyboru.
Po zameldowaniu ruszamy na zwiedzanie miasta w czasie którego nadal dokucza nam deszcz i zimno. Jak taka pogoda będzie przez resztę podróży to będzie fatalnie ….
Wtorek (10.09) – 477 km
Pierwszy słoneczny dzień
Na dzisiejszy dzień nie mamy zaplanowanych żadnych atrakcji. Celem podróży jest austriackie Zell am See, gdzie mamy kolejny nocleg. Jednak dzisiejsza podróż jest zupełnie inna niż poprzednie dwa dni – przestało padać i wyszło słoneczko więc humory od razu lepsze 🙂
Na miejscu idziemy szukać typowej tyrolskiej knajpy gdzie będziemy mogli zjeść Wiener Schnitzel (po naszemu „schabowy”) i napić się piwa. Jakież nasze zdziwienie, gdy w tym tyrolskim miasteczku łatwiej znaleźć kebab czy pizzę niż porządnego sznycla …
W końcu udaje się znaleźć odpowiednie miejsce. Ma właściwy klimat a jedzonko jest wyśmienite. Warto było trochę poszukać.
Środa (11.09) – 446 km
Großglockner, czyli pierwsza przełęcz (i niestety ostatnia)
W planie na dzisiaj kultowa Großglockner Hochalpenstraße. Od rana uśmiech od ucha do ucha na samą myśl o tej trasie. Droga powstała w 1935 roku i z informacji dostępnych w Internecie wynika, że od tego czasu odwiedziło ją kilkadziesiąt milionów osób. Dzisiaj tą liczbę powiększymy o nasze dwie skromne osoby 🙂
Przed nami 48 km zabawy z 36 zakrętami. Pojedziemy też 1,5 km do góry 🙂 Gdyby kogoś interesowało więcej szczegółów tej trasy to polecam stronę http://grossglocknerstrasse.eu/.
Koniec gadania – pora ruszać. Do bramek wjazdowych na Großglockner mamy niecałe 20 km, które prowadzą malowniczymi dolinkami pomiędzy całkiem wysokimi pasmami gór. Powietrze jest dość chłodne ale słoneczko ładnie przygrzewa więc jest OK.
Zaczynamy wspinaczkę. W zasadzie co zatoczka to chcielibyśmy się zatrzymać bo tutaj taki ładny widok a tam jeszcze ładniejszy. Widoki są naprawdę zacne. Pogoda nam sprzyja a suchy i równy asfalt pozwala trochę poszaleć. Ruch jest umiarkowany ale od czasu do czasu zdarza się trafić utrudnienie w postaci autobusu czy kampera. Muszę powiedzieć, że BMW dobrze sobie radzi w takich warunkach i pomimo dużego obciążenia daje sobie radę z wyprzedzaniem. Skuter tutaj jest jednak wyjątkiem wśród innych jednośladów.
Po przerwie na kawkę i ciastko atakujemy szczyt Edelweissspitze (2571 m n.p.m.). Jest to najwyższy punkt naszej podróży. Wjazd na sam szczyt ograniczony jest tylko do samochodów osobowych i motocykli. Nawierzchnia znacznie gorsza gdyż wykonana z kostki. Droga jest węższa niż reszta trasy a zakręty bardziej ciasne. Ze szczytu rozpościera się wspaniały widok na inne góry, w tym na najwyższą górę Austrii – Großglockner (3798 m n.p.m.).
Wdrapaliśmy się tak wysoko to teraz trzeba zacząć zjeżdżać w dół. Tutaj pierwszy raz objawił się mały problem z naszym skutim – na zjazdach słabo hamuje silnikiem i trzeba często używać hamulców. Honda miała jakoś inaczej dobrane przełożenia, gdyż silnikiem hamowała całkiem dobrze.
W drodze do dołu odbijamy w kierunku lodowca Pasterz i ponownie zaczynamy wspinaczkę. Na miejscu korzystamy z kolejki szynowej wybudowanej w 1963 roku aby zjechać do olbrzymiego lodowego jęzora Pasterza. Okazuje się, że kolejka tylko zjeżdża do pewnego poziomu a dalej trzeba zrobić sobie trekking. Nie jesteśmy do tego przygotowani ani pod względem ubrania (ciuchy motocyklowe) ani pod względem czasu (jeszcze sporo kilometrów przed nami). Myślę, że nocleg powinniśmy mieć zaplanowany gdzieś na miejscu i na wszystkie atrakcje poświęcić cały dzień a najlepiej dwa dni. Może kiedyś uda się powtórzyć.
Dzisiejszy nocleg mieliśmy zaplanowany na kempingu znajdującym się w górach przy drodze, która kolejnego dnia miała nas zaprowadzić na Przełęcz Gavia. Przy planowaniu nie wziąłem jednak pod uwagę, że o tej porze roku noce w górach bywają chłodne. Prognoza pogody zapowiada tylko 3 stopnie do których zupełnie nie jesteśmy przygotowani. Zmieniamy więc plan i jedziemy w kierunku Jeziora Garda. Cóż, Gavia pozostaje na kolejny raz …
Na kemping San Biagio docieramy dopiero około 21-wszej. Recepcja jest już zamknięta i na kemping wpuszcza nas stróż nocny, który pozwala rozbić namiot tuż za recepcją. Mrok nie ułatwia nam tej czynności, szczególnie że namiot rozstawiamy pierwszy raz po cztero-letniej przerwie. W końcu jednak sukces i mamy gdzie spać.
Czwartek (12.09) – 141 km
Kosztowna nauka włoskich przepisów 🙁
Dzisiaj możemy obejrzeć jak wygląda kemping na który trafiliśmy wczoraj po ciemku. Jest ładnie położony na cypelku wysuniętym w głąb jeziora Garda. Jako, że mamy w planie spędzić tutaj jeszcze jedną noc, przestawiamy namiot w ładniejsze miejsce.
Pora na śniadanko i jakąś ciepłą herbatę. Niestety ten kemping nie posiada kuchni tak jak to bywało w Norwegii. Na szczęście okazuje się, że pracują tutaj polki, które pożyczają nam mały czajnik elektryczny. Na następnym kempingu na pewno będzie lepiej pod tym względem ….
Poranne krzątanie zajęło nam dużo czasu i finalnie dopiero bliżej południa ruszamy w kierunku miasteczka Sirmione. Położone jest ono na końcu wąskiego cypla daleko wchodzącego w jezioro Garda. Pierwszy raz spotykamy się z problemem z zaparkowaniem skutiego. W końcu udaje nam się trafić na parking dla motocykli i jedną miejscówkę dla naszego pojazdu. Pełni euforii ruszamy na zwiedzanie pierwszego włoskiego miasteczka. Pomimo września ludzi jest dużo ale udaje się znaleźć mniej zatłoczone uliczki i napawać się „włoskimi klimatami”. Aby tego jeszcze mocniej doświadczyć, siadamy w kafejcie na małą czarną (precyzując: żona pije czarną a ja z mleczkiem 🙂 ).
Dochodzimy do samego końca cypla na którym znajdują się pozostałości rzymskiej willi Grotte di Catullo. Jest to duży odkryty teren na którym widać tylko pojedyncze fragmenty murów. Słońce dzisiaj grzeje wyjątkowo mocno, więc nie decydujemy się na wejście. Stwierdzamy, że 16 euro wydamy w inny sposób.
W drodze powrotnej zwiedzamy zamek Scaliger strzegący dostępu do Sirmione od strony lądu. Na zamek po prostu trzeba wejść. Widok z wieży jest przepiękny a zdjęcia tam zrobione …
Tak pozytywnie naładowani wracamy do skutiego a tutaj … mandat wetknięty za kierownicę 🙁
Pierwsze pytanie: Za co? Przecież stoimy na parkingu dla motocykli. No dobra, bardzo na jego brzegu ale na jezdnię nie wystajemy. Drugie pytanie: Dlaczego na mandacie widnieją dwie kwoty: 60,90 EUR i 87 EUR? Żona nalega aby od razu to wyjaśnić, więc idziemy szukać odpowiedzi na nasze pytania. Udaje się znaleźć pana policjanta, który uprzejmie wyjaśnia, że zaparkowaliśmy w obrębie „żółtej linii”. W tym momencie przypomina mi się, że ja przecież przed wyjazdem o tym czytałem. We Włoszech miejsca parkingowe malowane są na trzy (czasem cztery) kolory:
- Linie białe – miejsca darmowe,
- Linie niebieskie – miejsca płatne,
- Linie żółte – miejsca zarezerwowane dla osób uprawnionych (mieszkańcy, pracownicy, itp.),
- Linie różowe – miejsca zarezerwowane dla kobiet w ciąży – takich miejsc nie widzieliśmy.
No i faktycznie nasza miejscówka była obmalowana żółtą linią. Najbardziej boli mnie to, że o tym wiedziałem ale zaaferowany nową sytuacją po prostu zapomniałem. Tak więc była to kosztowna nauka włoskich przepisów. Finalnie zapłaciłem na miejscu kartą 60,90 EUR. Gdybym opłaty nie uiścił w przeciągu 7 dni, obowiązywałaby mnie wyższa kwota.
Teraz jedziemy w kierunku Madonna dell Corona wjeżdżając ponownie w góry. Niestety dojazd do tego sanktuarium jest fatalnie oznaczony. Nawigacja prowadzi nas stromą, bardzo wąską uliczką w dół. W pewnym momencie znak zakazu ruchu. Zastanawiamy się co robić. Spotkani Polacy mówią, że przed chwilą samochodem też dojechali do tego miejsca, wycofali się i zostawili samochód na górze. Ja jednak jestem za bardzo leniwy. „Upycham” więc skutiego przy krawędzi drogi. Trochę się o niego obawiam bo jest tutaj naprawdę wąsko i stromo a z prawej strony urwisko. Po powrocie okaże się, że skuti miał towarzystwo w postaci innego motocykla, który w podobny sposób zaparkował.
Dalej ruszamy z buta ale z upływem drogi zaczynamy mieć wątpliwości czy w ogóle idziemy we właściwym kierunku. W końcu jednak udaje się dotrzeć do celu. Samo sanktuarium robi niesamowite wrażenie zarówno z zewnątrz, gdzie wygląda jak doklejone do skały jak i wewnątrz, gdzie ta sama skała stanowi lewą ścianę. Zdecydowanie warto było się pomęczyć aby tutaj dotrzeć.
Na kemping znowu wracamy po ciemku.
Piątek (13.09) – 266 km
Piątek trzynastego z małym pechem
Po śniadaniu pakujemy się i idziemy sprawdzić czy woda w jeziorze jest mokra. Mój zapał do kąpieli kończy się z chwilą zanurzenia stopy … brr jaka zimna. Po dłuższych namowach drugiej połówki zanurzam się jednak cały – kąpiel rześka dająca super samopoczucie na resztę dnia.
Kawka wypita, rachunek za dwa noclegi uregulowany (82 EUR … ups! – dwa razy drożej niż na późniejszych kempingach) więc ruszamy w drogę. Plan na dzisiaj to dojazd do kolejnego kempingu w okolicach Portofino. Do przejechania nie jest aż tak bardzo dużo kilometrów, więc w nawigacji ustawiam „unikaj autostrad”. Jedziemy boczną drogą która prowadzi nas przez góry z mnóstwem zakrętów i wspaniałymi widokami. W jednym z miasteczek w ostatniej chwili zauważam stację benzynową. Za późno aby wyhamować, więc kawałek dalej robię nawrotkę. Przy prawie zerowej prędkości próbuję zawrócić na wąskiej ulicy. Chwila nieuwagi, tracę równowagę i nie jestem już wstanie utrzymać skutiego z pasażerem i bagażami. Żona zeskakuje a skuter opiera się na lewym kufrze. Na szczęści to było prawie na postoju więc jedyny uszczerbek to delikatne przytarcie kufra. Trochę większy problem to jego podniesienie ale we dwójkę dajemy radę.
Na Camping Rapallo docieramy około 17-tej. Po rozstawieniu namiotu i pozbyciu się bagaży ruszamy na zwiedzanie oddalonego o 10 km Portofino.
Przed wyjazdem dużo naczytałem się zachwytów na temat tego miasteczka w różnych publikacjach. Na nas nie zrobiło ono aż takiego wrażenia. Być może za sprawą tego, że trafiliśmy tutaj dość późno i słońce nie oświetlało kolorowych kamieniczek znajdujących się tuż przy porcie. Może także mieliśmy zbyt duże oczekiwania aby w rzeczywistości miały one skutkować wielkim WOW …
Na kolację w Portofino się nie zdecydowaliśmy, gdyż nie mieliśmy strojów wieczorowych 🙂 A tak poważnie, to tutejsze ceny zdecydowanie przekraczały nasze możliwości. W tym braku stroju też jest odrobina prawdy, gdyż widzieliśmy sporo osób ubranych w wieczorowe stroje.
Po powrocie na kemping, dzięki uprzejmości pani z baru zamawiamy pizzę z dowozem na miejsce. Pierwsza pyszna włoska pizza zaliczona 🙂
Sobota (14.09) – 205 km
Manarola i Lukka
Poranek w Rapallo rześki i bardzo wilgotny. Suszymy namiot i kierujemy się do Manaroli położonej na terenie parku narodowego Cinque Terre.
Do samego miasteczka Manarola wjechać się nie da. W poprzek ulicy jest szlaban za który mogą wjechać tylko uprawnione pojazdy. Przed szlabanem znajduje się parking ale nie widzę na nim miejsca dla motocykli. U obsługi parkingu dowiaduję się, że skutiego mogę postawić wzdłuż ulicy. Jak to? Przecież tam jest zakaz zatrzymywania i postoju. Na moje wątpliwości w odpowiedzi słyszę „no problem”.
Nauczeni doświadczeniem z Sirmione, z pewnym niepokojem zostawiamy skutiego. Pocieszający jest fakt, że stoją tutaj inne motocykle z rejestracjami z różnych krajów więc może faktycznie „no problem”.
Tym razem mamy ze sobą cały bagaż, więc ciuchów motocyklowych nie ma gdzie schować. Jesteśmy jednak na to przygotowani. Patent o którym przeczytałem przed naszą pierwszą wyprawą polega na przeciągnięciu przez ubrania stalówki i przypięcie tego do skutiego.
Zwiedzanie miasteczka zaczynamy od degustacji dobrego lokalnego wina i deski pysznej focacci. Takie zwiedzanie to ja lubię 🙂
Po takim pięknym początku udajemy się w kierunku Via dell Amore czyli Ścieżki Miłości. Dojście do niej prowadzi poprzez tunel wiodący do stacji kolejowej. Ze ścieżki rozpościera się wprost genialny widok na Morze Liguryjskie. Niestety dostępny jest tylko początek ścieżki. Dalsza jej część jest zamknięta ze względu na remont, który ma się zakończyć w kwietniu 2021 r. To jest kolejny powód aby tutaj powrócić.
Udajemy się w kierunku plaży a tak naprawdę w kierunku skalistego klifu na którym położona jest Manarola. Na miejscu widzimy, że pomimo braku typowej plaży, chętnych do opalania nie brakuje. Podziwiamy jak niektórzy z bardzo wysokich skałek skaczą do krystalicznie czystej wody. Barwa morza w tym miejscu nas zachwyca. Bardzo żałujemy, że nie zabraliśmy ze sobą strojów kąpielowych szczególnie, że jest bardzo gorąco.
Po kilku godzinach dreptania wąskimi uliczkami, dochodzimy do wniosku, że miasteczko urzekło nas całkowicie. Dużo bardziej podoba nam się od odwiedzonego wczoraj Portofino.
Czas jednak nieubłaganie mija i pora ruszać dalej – kierunek Lukka. W pierwszej kolejności meldujemy się na kolejnym noclegu. Dzisiaj mamy wynajęte mieszkanko na przedmieściach Lukki. Jak się później okaże będzie to najładniejszy nocleg w czasie całego naszego wyjazdu.
Po zostawieniu bagaży jedziemy do Lukki. Skutiego udaje się zaparkować tuż przy jednej z bram prowadzących do historycznego centrum miasta. Chodzimy uliczkami i oglądamy miejsca polecane w przewodnikach. Niestety to jest kolejne miejsce, gdzie pojawiamy się za późno. Część atrakcji turystycznych jest już zamknięta. Dodatkowo we wrześniu dzień jest już stosunkowo krótki i szybko zapada zmrok, więc zwiedzamy po ciemku. Ma to oczywiście też swój klimat.
Stare Miasto w Luce to całkiem spory teren do przejścia. Dochodzimy do murów zewnętrznych po drugiej stronie miasta już dobrze zmęczeni. Do skutiego chcemy wrócić idąc murami po których górą poprowadzona jest aleja spacerowa. Pytanie tylko czy iść w prawo, czy w lewo. Patrząc na mapę wydaje mi się, że nasz pojazd jest mniej więcej w połowie, więc nie ma znaczenia w którą stronę. Idziemy w prawo i co bramę wypatrujemy naszego pojazdu. Później okazało się, że wybór drogi w prawo spowodował, że przeszliśmy około ¾ długości murów … ups!
Niedziela (15.09) – 93 km
Krzywa wieża
Dzisiaj kolejny piękny dzień. Rano odwiedzamy pobliski kościół i jedziemy do Pizy. Na miejscu udaje nam się znaleźć miejscówkę w obrębie „białych linii”, gdzie ponawiamy patent z przypięciem ciuchów motocyklowych do skutiego. To kolejne miejsce gdzie przekonujemy się, że jednoślad to zdecydowanie lepszy sposób na zwiedzanie niż samochód dla którego nie byłoby miejsca tak blisko głównych atrakcji turystycznych.
Mimo, iż mamy połowę września to ilość turystów mnie przeraża. Trudno mi sobie wyobrazić jak to miejsce wygląda w pełni sezonu. Z doświadczeń z innych podróży (nie tylko motocyklowych) powinienem wiedzieć, że do takich miejsc bilety warto sobie zarezerwować wcześniej przez Internet. My tego nie zrobiliśmy i musimy stanąć w kolejce po zakup takowych. Do Katedry jest możliwość zarezerwowania sobie darmowej wejściówki. Na monitorach czytamy jednak, że na dzisiaj takie wejściówki już nie są dostępne. Mimo tego po dojściu do okienka pytamy się o nie i okazuje się, że na wejście za 5 minut są dostępne akurat dwa darmowe bilety – mieliśmy fart 🙂
Kolejnym punktem podróży na dzień dzisiejszy miało być Livorno. Naczytaliśmy się jednak sporo negatywnych komentarzy w necie i finalnie mijamy bokiem to miasto. Czy słusznie? Nie wiem. Być może powinniśmy sami wyrobić sobie zdanie na ten temat ale i tak mamy dużo w planach całego pobytu.
Dojeżdżamy na Camping Tripesce. Okazuje się, że dostajemy ostatnie wolne miejsce. Szok biorąc pod uwagę, że to połowa września. Wczoraj była najładniejsza miejscówka a dzisiaj najładniejszy kemping. Każda z miejscówek zadaszona jest trzciną więc jest miły cień a sam kemping położony jest tuż przy plaży. Mimo zachwytów, ten kemping również nie posiada kuchni – widocznie taki włoski zwyczaj. Jest tutaj za to bar, restauracja i market gdzie w końcu można kupić wino „z kija” 🙂
Po rozbiciu namiotu i zostawieniu bagaży jedziemy w kierunku „białej plaży”. Podobno w czasie wakacji na plaży jest tłum ludzi. Teraz już nie jest pełnia sezonu na słońce powoli chyli się ku zachodowi, więc na plaży jest tylko kilka osób. Piasek jest tutaj bardziej twardy niż zazwyczaj. Jego biało-szary kolor powoduje, że morze w tym miejscu ma charakterystyczny turkusowy kolor. Nie jest to jednak zasługa natury lecz pobliskich zakładów chemicznych Solvany. W necie można znaleźć dość niepokojące informacje odnośnie historii tego miejsca. Miejsce gdzie znajduje się parking dla samochodów, do 1983 r. był wykorzystywany jako składowisko niebezpiecznych odpadów. W tym czasie plaża była uznawana za bardzo niebezpieczną a połów ryb był ograniczony. Z drugiej zaś strony w ostatnich latach plaża w Vadzie otrzymywała certyfikat Bandiera Blu, więc wygląda na to, że jest już bezpiecznie.
Poniedziałek (16.09) – 233 km
Toskańskie klimaty
Plan na dzień dzisiejszy jest dość ambitny, więc po śniadanku pakowanie, odwiedzenie sąsiadującej z kempingiem plaży i wyjazd. Tym razem opłata za kemping zdecydowanie bardziej przyzwoita – 22 EUR.
Po kilku kilometrach dojeżdżamy do Viale dei Cipressi (Aleja Cyprysów) tak charakterystycznej dla Toskanii. Początki tej drogi sięgają XIX wieku a obecnie po obu jej stronach rośnie około 2400 cyprysów. Prowadzi ona w linii prostej, po niewielkich pagórkach, do malutkiego Bolgheri. Jest cudownie. Właśnie dla takich widoków tutaj przyjechaliśmy.
Samo Bolgheri to chyba najmniejsze miasteczko jakie odwiedziliśmy na naszej trasie. Znajduje się ono jak większość takich miasteczek na wzgórzu. Parking usytuowany jest poza murami u podnóża góry. Mi z lenistwa nie chce się iść pod górę, więc próbujemy poszukać miejsca dla skutiego na terenie miasteczka. Pierwsza próba kończy się niepowodzeniem. Robimy więc drugie podejście i parkujemy nasz pojazd wzdłuż jednej z uliczek gdzie przy małym placyku siadamy na kawę i coś słodkiego. To kolejny plus dla dwóch kółek 🙂
Kolejny punkt na planie naszej podróży to Volterra do której ruszamy po uzupełnieniu poziomu kofeiny w organizmie. Na miejscu po raz kolejny udaje nam się znaleźć miejsce dla skutiego tuż przy bramach historycznego centrum miasta w obrębie „białych linii” (na linie teraz bardzo uważamy 🙂 ).
Dzisiaj mamy dobry dzień. Drugie miasto, które odwiedzamy również bardzo nam się podoba. Volterra jest wielokrotnie większa od Bolgheri ale równie cudowna. Posiada wiele atrakcji, które zgodnie z przewodnikiem należy odwiedzić. Postanawiamy więc kupić Volterra Card (16 EUR / osobę), która umożliwia zwiedzenie kilku zabytków oraz muzeów i galerii. My z założenia ograniczamy się tylko do zabytków ale i tak wydaje się (przynajmniej na razie), że bardziej się nam to opłaci. Naszym zdaniem warty odwiedzenia jest Ratusz ze swoją wieżą z której rozpościera się cudowny widok na miasto oraz otaczającą go dolinę. Ta przyjemność gdyby chcieć potraktować oddzielnie, kosztowałaby 6 EUR.
Kolejnym punktem wizyty są ruiny amfiteatru rzymskiego pochodzącego z I w. p.n.e. Tutaj jednak jak dla mnie wstęp na teren obiektu nie ma zbytniej wartości dodanej. Praktycznie to samo można zobaczyć przechodząc uliczką z której cały amfiteatr jest widoczny z góry.
Na terenie Parco Archeologico „Enrico Fiumi” znajduje się stanowisko archeologiczne na teren którego umożliwia nam wstęp nasza karta. Tutaj jednak zobaczyć zbyt dużo się nie da a tablice opisujące poszczególne miejsca są wypłowiałe i nieczytelne. Jedynie na wyjściu z tego terenu obsługa zaprasza do zwiedzenia wnętrza cysterny, która kiedyś służyła do przechowywania słodkiej wody.
W mieście spędzamy kilka ładnych godzin przechadzając się typowymi włoskimi uliczkami i odwiedzając niezliczoną liczbę kościołów.
Zaczyna robić się późno a na dzisiaj pozostało jeszcze Opactwo San Galgano. Na miejsce docieramy na 30 minut przed zamknięciem. Dodatkowo okazuje się, że wbrew temu co pokazuje nawigacja, do samego opactwa nie da się dojechać (zakaz ruchu). Ostatnie 600 metrów z parkingu pokonujemy szybkim marszem aby zdążyć przed zamknięciem.
Na Camping Listro nad Jeziorem Trazymeńskim docieramy kwadrans przed 21-wszą o której to zamykana jest recepcja. Znów czeka nas rozbijanie namiotu po ciemku.
Wtorek (17.09) – 169 km
Dolina Val d’Orcia czyli kwintesencja Toskanii
We wszystkich odwiedzonych przez nas miejscach było do tej pory zielono. Tutaj jednak mam wrażenie, że jesień zawitała trochę wcześniej. Cały kemping zasypany jest kolorowymi, jesiennymi liśćmi a poranek jest dosyć rześki.
Dzisiaj w planie jest pętla po dolinie Val d’Orcia. Zostawiamy więc na kempingu wszystkie zbędne bagaże i jedziemy w kierunku Cortony. Po dojechaniu na miejsce szukamy willi Bramasole (pragnienie słońca), która pojawiła się w filmie „Pod słońcem Toskanii”. Mimo wbitego w nawigację adresu, mijamy ją nie zauważając. Dopiero za drugim podejściem trafiamy na miejsce. No cóż …. na miejscu nie wszystko zgadza się z tym co pamiętamy z filmu. To jest po prostu „magia kina”.
Po zrobieniu obowiązkowych fotek przy willi, ruszamy w kierunku historycznego centrum Cortony. Zostawiamy skutiego i trochę bez planu włóczymy się po uliczkach tego pięknego miasta. W zasadzie plan jest jeden – wejść jak najwyżej. W ten sposób docieramy do Bazyliki św. Małgorzaty. Wyżej jest jeszcze forteca ale sił już nie mamy a jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia.
Jedziemy dalej oglądać cyprysy 🙂 Pierwszy punkt widokowy to kręta droga obsadzona cyprysami, która prowadzi do agroturystyki Baccoleno. Droga znajduje się na terenie prywatnym a wjazd na nią blokuje zamknięta brama. Jednak tuż obok bramy jest wydeptana przez miłośników tego wspaniałego widoku ścieżka, która prowadzi na wzgórek z którego widać w całej okazałości samą agroturystykę jak i prowadzącą do niej drogę.
Kolejny punkt to samotna kapliczka Capella della Madonna di Vitaleta. Ta również znajduje się na terenie prywatnym ale bez problemu można do niej dojść mijając zamkniętą bramę 🙂 Kapliczka bardzo ładnie prezentuje się na jednym z pagórków. Szkoda tylko, że nie można zajrzeć do środka.
Dojeżdżając do Monticchiello odbijamy trochę w bok aby obejrzeć kolejną drogę obsadzoną cyprysami – „cyprysowa sprężynka”. Val d’Orcia oferuje wiele takich wspaniałych widoków. Planując naszą podróż starałem się trafić do miejsc, które były opisane na blogu Italia by Natalia (więcej można znaleźć we wpisie Dolina Val d’Orcia – najpiękniejsze punkty widokowe w Toskanii).
Monticchiello to malutkie miasteczko praktycznie pozbawione turystów. Tutaj w końcu można w pełni odetchnąć klimatem toskańskiego miasta. Wokół panuje cisza przerywana jedynie dźwiękami miasta. Nie ma żadnych straganów i restauracji zastawiających swoimi stolikami każdy wolny placyk. Gdyby nie samochody to można byłoby mieć wrażenie, że znacznie cofnęliśmy się w czasie. Jest cudownie 🙂
Na dzień dzisiejszy mamy w planie jeszcze Montepulciano do którego dojeżdżamy gdy słońce zaczyna chylić się ku zachodowi. W tym miasteczku również toczyła się akcja filmu „Pod słońcem Toskanii”. Szukamy placu na którym odbywał się pokaz z flagami ale słabo nam to idzie. Zrobiło się ciemno a my jesteśmy zmęczeni i głodni. Znajdujemy więc miłą knajpkę w której się regenerujemy. W drodze powrotnej do skutiego, trochę przypadkiem trafiamy na plac w centrum, którego wcześniej bezskutecznie szukaliśmy. Okazało się, że trochę zmyliły nas znaki i wcześniej skręciliśmy w złą uliczkę.
Na kemping ponownie wracamy po ciemku.
Środa (18.09) – 408 km
Ciągle autostrada …
Dzisiaj do przejechania sporo kilometrów gdyż nocleg mamy zarezerwowany w Neapolu. Według nawigacji różnica w czasie dojazdu pomiędzy autostradą a drogami bocznymi wynosi prawie dwie godziny, więc tym razem nie kombinujemy tylko wskakujemy na autostradę.
Po drodze do odwiedzenia mamy jeszcze Monte Cassino. Wjazd na szczyt na którym znajduje się opactwo benedyktyńskie dostarcza dużo emocji. Droga jest bardzo kręta i szybko nabieramy wysokości. Na początku naszego podjazdu nawigacja robi nam jednak psikusa i prowadzi jakąś bardzo wąską (prawie jednokierunkową) i dziurawą drogą. Na szczęście to tylko kilka kilometrów. Dalej już zdecydowanie lepsza nawierzchnia i można w pełni cieszyć się „agrafkami” i widokami.
Na terenie opactwa znajduje się bardzo ładne muzeum w którym zgromadzone są ogromne ilości zbiorów. Muzeum pokazuje również jak wyglądały ruiny całego kompleksu po bombardowaniu w 1944 r. Wstęp do muzeum jest płatny (5 EUR / osobę) ale zdecydowanie było warto. Wielkie wrażenie robi również Katedra di Santa Maria Assunta e San Benedetto abate należąca do opactwa.
W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze cmentarz polskich żołnierzy poległych w walkach o Monte Casino.
Po zjechaniu na dół wracamy na autostradę. Pogoda jest bardzo ładna a wskazania termometru podkładowego dochodzą do 31 stopni. Zbliżając się do Neapolu nasila się jednak wiatr i jego porywy trochę nam dokuczają.
Mówią, że Neapol to miasto, które się kocha albo się go nienawidzi. My raczej należymy do tej drugiej grupy ludzi. Zdecydowanie nie zrobił on na nas dobrego wrażenia. Być może wpływ na to miało kilka czynników. Po pierwsze wszechobecny chaos panujący w ruchu ulicznym. To jedyne miejsce gdzie miałem obawy prowadząc skutiego. Po drugie wpływ na to mogły mieć problemy z miejscówką jaką mieliśmy zarezerwowaną. To był jedyny raz w czasie naszej podróż, gdzie to co było w serwisie AirBnB różniło się od tego co zastaliśmy na miejscu. Zaczęło się od tego, że nie mogliśmy znaleźć podanego przy rezerwacji adresu. Na miejscu nie mogliśmy się skontaktować z wynajmującą. Dopiero po prawie godzinie udało się nawiązać kontakt ale okazało się, że w mieszkaniu, które wynajęliśmy jest problem z wodą i zostaliśmy zakwaterowani w zupełnie innym miejscu, które wyglądem odbiegało znacznie od tego za co zapłaciliśmy. Okolica, mimo iż w ścisłym centrum, również nie zachęcała do wieczornych spacerów (delikatnie to określając).
Może więc kiedyś trzeba będzie dać temu miastu drugą szansę ale na razie mamy dość.
Czwartek (19.09) – 76 km
Załamanie pogody
Plan na dzisiaj to Wezuwiusz i Pompeje. Od rana widać, że zbiera się na deszcz. Wezuwiusz widziany z Neapolu przykryty jest chmurami.
Przed wyjazdem idziemy zobaczyć chociaż kawałek miasta, które wczoraj wywarło na nas tak negatywne wrażenie. Siadamy w kafejce przy ulicy i obserwujemy to co się na niej dzieje. Nie jestem w stanie zrozumieć jak to możliwe, że co chwila nie dochodzi tu do stłuczek. Mimo, iż jestem przyzwyczajony do codziennego jeżdżenia po Warszawie na którą wielu przyjezdnych kierowców również narzeka, to wydaje mi się, że w niej panuje atmosfera sennego miasta w porównaniu z tym co dzieje się na tutejszych ulicach.
Do Wezuwiusza mamy trochę ponad 20 km, więc po przedarciu się przez zatłoczone miejskie ulice szybko dojeżdżamy do pierwszego punktu dnia dzisiejszego. W zasadzie to prawie dojeżdżamy, gdyż nawigacja pokazuje jeszcze prawie 2 km a na drodze stoi pan, zbiera opłatę i kieruje na parking. Dalej jechać nie można ale … zakaz nie dotyczy motocykli. Kolejny raz przewaga jednośladu nad samochodem 🙂
Po podjechaniu na miejsce i zdjęciu ciuchów motocyklowych zaczyna padać deszcz a w oddali słychać grzmoty. Szlak na Wezuwiusza jest zamknięty a deszcz przybiera na sile. Chronimy się pod dachem i tak przez dwie godziny patrzymy na przechodzącą ulewę. Gdy w końcu przestaje padać uznajemy, że jeśli Wezuwiusz nie chciał tym razem naszych odwiedzin to trudno – zostanie do odwiedzenia w przyszłości.
W drodze do dołu asfalt mokry więc tym razem na „agrafkach” jedziemy bardzo delikatnie. Po 40 minutach dojeżdżamy do Pompejów gdzie pogoda nadal bardzo niepewna.
Przed nami długa kolejka do kasy biletowej. Wydawać by się mogło, że powinniśmy być nauczeni doświadczeniem z Pizy i kupić bilety dzień wcześniej przez neta. Niestety tak nie zrobiliśmy i teraz możemy jedynie z zazdrością patrzeć na osoby, które omijają naszą kolejkę i podchodzą do punktu obsługującego bilety internetowe 🙁
Zwiedzanie Pompejów zaczynamy w deszczu. Na szczęście dość szybko przestaje padać a pod koniec wychodzi słoneczko.
Najbliższe dwa noclegi mamy zaplanowane w miasteczku Moiano, które jest położone wysoko w górach na początku Półwyspu Amalfitańskiego, więc ponownie czeka nas wspinaczka. Po dojechaniu na miejsce pytamy się o adres który mamy wskazany w rezerwacji. Okazuje się, że pytaną osobą jest właścicielka lokalu lecz nic nie wie o naszej rezerwacji. Chwila stresu ale dość szybko sprawa się wyjaśnia i dostajemy klucze do ładnego mieszkania.
Piątek (20.09) – 69 km
Półwysep Amalfitański, czyli półmetek podróży
Dzisiaj robimy rundkę po Półwyspie Amalfitańskim, który był celem naszej całej podróży. Można więc powiedzieć, że osiągnęliśmy półmetek.
Dzisiejszy poranek jest dosyć chłodny (22 st.) i lekko pochmurny. Do Positano nawigacja prowadzi nas „na skróty” przez góry. Droga jest piekielnie stroma i bardzo wąska. Skuti bez kufrów ledwo mija się z większym samochodem jadącym z przeciwka. Nawierzchnia również pozostawia wiele do życzenia.
Na dojeździe do Positano jak i przez całe miasteczko, gdzie obowiązuje jeden kierunek ruchu, ciągnie się jeden wielki korek. Jest już druga połowa września a wszystko stoi. Zupełnie nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak to wygląda w pełni sezonu. Na szczęście dzisiaj bez bagażów więc możemy pozwolić sobie na „włoski styl jazdy” i wykorzystać możliwości jakie daje jednoślad 🙂
Przejeżdżając przez miasteczko wypatrujemy miejsca gdzie możemy zaparkować. Niestety wszystkie miejsca obmalowane są żółtą linią, co oznacza, że dla nas są niedostępne. Przejeżdżamy przez całe Positano i nie udaje nam się niczego znaleźć. Obwodnicą wracamy do początku i finalnie zostawiamy skutiego na parkingu płatnym (3EUR/h – w sezonie 6EUR/h).
Do plaży na którą się udajemy prowadzi baaaardzo dużo schodów. Po drodze spotykamy osoby z dużymi walizkami, które ciągną po stromych uliczkach i niosą po niezliczonej ilości schodów. Zapewne udają się do jednego z licznych apartamentów/hoteli. Z jednej strony zazdroszczę takiej lokalizacji na odpoczynek bo jest tu pięknie. Z drugiej zaś strony współczuję konieczności taszczenia tych bagaży.
Docieramy do plaży. W końcu trochę lenistwa 🙂 Podobno w sezonie ciężko znaleźć miejsce na bezpłatnym skrawku plaży.
Plaża niestety jest żwirowa ale za to morze ma temperaturę idealną aby delikatnie się schłodzić. Po porannym zachmurzeniu nie ma już śladu a temperatura przekracza 30 stopni. Tą sielankę delikatnie zakłóca nam grupa amerykańskiej młodzieży, która wspomagana kartonikami z winem jest dość hałaśliwa.
Naładowaliśmy trochę nasze wewnętrzne akumulatory więc idziemy powłóczyć się po uliczkach tego pięknego miejsca.
Po kilku godzinach ruszamy w kierunku Sorrento. Droga prowadzi urwistym zboczem nad samym morzem. Widoki zapierają dech w piersiach. Do tego stopnia zauroczyło mnie piękno tego miejsca, że przestałem zwracać uwagę na nawigację, która wskazywała inną drogę. Dopiero po kilku ładnych kilometrach zauważyłem znajomy komunikat „zawróć jeśli możliwe”. Pomimo nadłożenia kilkunastu kilometrów nie żałujemy pomyłki. Te widoki były warte każdej ceny 🙂
Do Sorrento dojeżdżamy praktycznie na oparach paliwa. Nie tankowaliśmy się w Positano bo tam widzieliśmy tylko jedną stację a cena paliwa była kosmiczna. Po drodze zaś nie było żadnej stacji.
Sorrento jest zdecydowanie większym miastem. Tutaj nie było problemu ze znalezieniem „białych miejsc parkingowych” (przynajmniej dla motocykli 🙂 ). Mam jednak wrażenie, że większe miasto (pomimo kliku zalet) traci trochę takiego „włoskiego uroku”, który możemy odnaleźć w małych miasteczkach. Dla mnie jest ono za duże i za głośne choć jednak ma swój klimat.
Zwiedzamy przechadzając się większymi i mniejszymi ulicami. Odwiedzamy kilka polecanych atrakcji turystycznych. Z wysokiego klifu na którym położone jest miasto obserwujemy w dole osoby opalające się na pomostach. W Sorrento praktycznie nie ma plaży i zastępują ją właśnie te pomosty.
Ponownie po schodach (tym razem brzydkich, metalowych) schodzimy w kierunku portu aby spojrzeć na miasto od dołu.
Wieczorem, znowu po ciemku wspinamy się do naszej miejscówki wysoko w górach. Na kolację oczywiście wyśmienita pizza w lokalnej rodzinnej pizzerii. Dlaczego te dni tak szybko się kończą?
Sobota (21.09) – 322 km
W kierunku wschodniego wybrzeża
Po drugiej stronie ulicy znajduje się cukiernia gdzie na miejscu wytwarzane są lokalne przysmaki. Do te oczywiście włoska kawa. Zdecydowanie wchodzi mi w krew taki poranny rytuał. Już teraz zastanawiam się jak sobie poradzę z brakiem włoskiej kawy po powrocie do kraju …
Po zapakowaniu całego naszego bagażu ruszamy tą samą drogą co wczoraj w kierunku Positano. Dzisiaj jest jednak znacznie trudniej, bo skuti obładowany. Pamiętam przygodę z jego położeniem przy nawrotce do stacji a tutaj niektóre zakręty o 180 stopni są praktycznie w miejscu. Nie ma mowy o złożeniu się w zakręt i pokonaniu go z jakąś prędkością. Wszystko odbywa się praktycznie przy zerowej prędkości więc muszę się mocno skupiać aby zachować równowagę.
Samo Positano tym razem mijamy jednak bokiem i jedziemy w kierunku Amalfi do Szmaragdowej Groty. Wszystkim, którzy będą w tych okolicach, zdecydowanie polecam odwiedzenie tej groty. To jest po prostu bajkowe miejsce o którego wystrój zadbała sama natura.
Dzisiaj w planie mamy dotarcie na wschodnie wybrzeże Włoch, gdzie w okolicach Monopoli zarezerwowaliśmy sobie wczoraj nocleg. Niestety nie otrzymaliśmy żadnego potwierdzenia najmu od właściciela mieszkania. Może jeszcze w ciągu dnia coś przyjdzie.
Kilometrów wiele więc ruszamy dalej. Amalfi zwiedzamy bez zsiadania ze skutiego – może następnym razem będzie więcej czasu na to miasteczko. Jadąc w kierunku Salerno napawamy się cały czas wspaniałymi widokami a niezliczona ilość zakrętów dostarcza dodatkowych wrażeń. Tak chyba wygląda motocyklowy raj 🙂
W Salerno zwiedzamy Bazylikę Św. Mateusza w której znajdują się szczątki jednego z Ewangelistów oraz Ogród Minerwy. Obydwa miejsca bardzo różnią się charakterem ale obydwa są godne polecenia.
Niestety dojazd do Salerno ma też negatywną stronę – oznacza to, że skończył się Półwysep Amalfitański a wraz z nim skończyły się widoki i piękna droga. Czas wrócić na autostradę i nadgonić trochę kilometrów. Na autostradzie mamy jednak przymusowy postój, gdyż południe już dawno za nami a potwierdzenia noclegu nadal brak. Wyciągamy więc laptopa i szukamy nowej miejscówki. Po dość długich poszukiwaniach udaje nam się znaleźć ładne mieszkanko w Conversano, które rezerwujemy na dwie noce.
Na miejsce docieramy mocno spóźnieni. Co prawda uprzedzaliśmy, że do dwudziestej nie damy rady dojechać i będziemy trochę po ale finalnie z tego „trochę po” robi się 20:40. Mimo spóźnienia jesteśmy bardzo miło przywitani przez Pietra i jego Rodzinę.
Niedziela (22.09) – 70 km
Zmiana planów
Na dzisiaj plan był bardzo ambitny. Po zastanowieniu się dochodzimy do wniosku, że określenie „ambitny” jest nieodpowiednie – plan był nierealny. Zmieniamy więc plan i na dziś pozostaje Monopoli i Alberobello.
Przed wyjazdem do Monopoli, sprawdziliśmy w Internecie, że w katedrze msza jest o 10.00. Na miejscu okazuje się jednak, że takowej nie ma. Nie bardzo możemy znaleźć informacji o godzinach nabożeństw. Udajemy się więc na poszukiwanie innego kościoła. Wydawać by się mogło, że we Włoszech gdzie kościołów jest mnóstwo nie powinno być z tym problemu, jednak nic bardziej mylnego. W końcu się udaje.
Po mszy wracamy aby zwiedzić katedrę i co? Trafiamy na mszę. Okazało się, że jest o 11-tej a informacja była przy głównym wejściu, które jakoś wcześniej pominęliśmy.
Po katedrze kawka na którą nie mieliśmy czasu rano. Mimo, iż serwowana jest przy pięknym placyku na starówce to jakaś taka „lurowata”. Do tej pory w każdym miejscu kawa była pyszna aż do teraz …
Idziemy do portu a później krążymy po uliczka starego miasta. Przewodnik szczególnie polecał odwiedzenie jednego z licznych kościołów ale niestety jest zamknięty. Nie znamy powodu – brak jakiejkolwiek informacji. Zmieniamy więc swoje zainteresowania i w jednej z knajpek kosztujemy lokalnych potraw w ramach drugiego śniadania.
Po posiłku idziemy na plażę aby zażyć kąpieli w Adriatyku i dać czas wyparować procentom 🙂
Alberobello to drugi punkt programu dnia dzisiejszego. Dojeżdżamy na miejsce i zapuszczamy się w uliczki przy których znajdują się unikatowe domki, tzw. trulli. W pierwszym skojarzeniu przywodzą one na myśl domki smerfów 🙂 Zwiedzanie rozpoczęliśmy od dzielnicy Rione Aia Piccola i choć jest to dzielnica w której znajduje się mniej domków, to naszym zdaniem jest ona bardziej klimatyczna. Po drugiej stronie głównej ulicy (Largo Martellotta) znajduje się większa dzielnica Rione Monti. Na uliczkach jest jednak większy tłum ludzi i z każdego zakątka zalatuje komercją. Idąc w głąb tej dzielnicy wijącymi się pod górę uliczkami, dochodzimy do kościoła Sant’Antonio di Padova, który jest zbudowany również w „stylu smerfowym”.
Wieczorem siedząc na naszym tarasie kolejny raz zmieniamy plany. Po pierwsze wykreślamy z listy miejsc do odwiedzenia system jaskiń Grotte di Castellana oraz zamek Castel del Monte. Postanawiamy również od jeden nocleg wydłużyć nasz pobyt u Pietro.
Poniedziałek (23.09) – 127 km
Miasto wykute w skale
Rano wyglądam przez okno a nasz taras jest mokry. Niebo zaś szczelnie zasnute chmurami. Czyżby słoneczko na dzisiaj wzięło sobie wolne? Na szczęście tak wygląda tylko poranek. Z upływem dnia rozpogadza się a temperatura ponownie dojedzie do 30 stopni.
Po śniadaniu ruszamy i po przejechaniu 100 metrów zatrzymujemy się aby uzupełnić poziom kofeiny. Słońce już ładnie przyświeca pomiędzy chmurkami, które robią się coraz bardziej delikatne. Kawa ma cudowny zapach i smak. Lubię takie poniedziałki gdy można czerpać przyjemność z tego wszystkiego i nie trzeba myśleć o pracy 🙂 🙂 🙂
Matera to cel naszej dzisiejszej wycieczki. Mamy do przejechania trochę ponad 60 km ale nawigacja mówi, że dojazd zajmie 1,5 godziny. Ruszamy więc w drogę.
Najstarsza część miasta nosi nazwę Sisi i jest to dosłownie miasto wykute w skale. Gdzieś przeczytałem, że wystarczy godzina na zwiedzenie Matery. Ktoś chyba miał na myśli tylko tą właśnie najstarszą część. My spędziliśmy tutaj 5 godzin chodząc uliczkami starej i nowej (a w zasadzie mniej starej) części miasta. Matera to istny labirynt małych uliczek oraz schody, schody i schody …
Na miejscu przeczytaliśmy, że Matera ma również oddane do zwiedzania podziemia. Niestety wejście jest tylko z przewodnikiem o określonych godzinach na które trzeba zapisać się z wyprzedzeniem. Wolne terminy na dzień dzisiejszy wyczerpane – szkoda bo podobno warte są obejrzenia.
Wtorek (24.09) – 631 km
Długa droga
Dzisiaj przed nami długa droga. Do San Marino mamy ponad 600 km. Według nawigacji do przejechania w 6 godzin. Nie zakładam jednak aby to się udało w tym czasie gdyż na raz nie damy rady ani my (ból „czterech liter”) ani skuti (zasięg maksymalnie około 300 km).
Droga słabo się zaczyna gdyż niedługo po wyruszeniu zaczyna padać. Na szczęście to tylko kilkanaście minut niezbyt intensywnego opadu. Wskakujemy na autostradę. Nie jest to mój ulubiony rodzaj drogi. Zdecydowanie wolę lokalne ścieżki. Dodatkowo jazdę uprzykrza czołowo-boczny wiatr, który jest silny i szarpie skutim. Chwilowe spalanie dochodzi do 7,2 l/100km (!!!).
To nie koniec niespodzianek. Na wysokości miasta Andria okazuje się, że autostrada dalej jest zamknięta. Policja kieruje nas na jakiś lokalny zjazd, który nie jest w stanie na bieżąco przyjąć ruchu z całej autostrady, więc jest korek. Z bocznymi kuframi skuti jest bardzo szeroki jak na jednoślad i ciężko idzie przedzieranie się pomiędzy samochodami. Finalnie do San Marino docieramy około 16-tej po 8 godzinach jazdy.
Szybkie pozbycie się bagaży i jedziemy zwiedzać historyczne centrum San Marino. Nie jest to zbyt wielkie miasto, więc dość szybko udaje nam się zobaczyć polecane atrakcje turystyczne. Niestety większość tylko z zewnątrz gdyż już jest po godzinach otwarcia. W miesiącach wakacyjnych są one dłużej otwarte. Gdyby nie korek na autostradzie to więcej udałoby się zobaczyć.
Środa (25.09) – 264 km
Coraz bliżej domu ….
Dzisiaj znów wita nas pochmurny poranek. Widzę, że im bliżej domu tym pogoda gorsza. A jeszcze kilka dni temu kąpaliśmy się w morzu i szukaliśmy cienia dla ochłody. Za szybko to się zmieniło 🙁
Ruszamy w dalszą podróż. Dzisiaj mamy do przejechania mniej niż połowę tego co wczoraj, więc postanawiamy jechać jednak boczną drogą a nie autostradą. Z mapy wynika, że droga biegnie nad morzem więc mamy jeszcze nadzieję na ładne widoczki. Niestety w rzeczywistości nie jest ona tak blisko morza a dodatkowo oddzielona od niego drzewami. Tylko miejscami dostrzegamy w oddali wodę.
Wodę za to otrzymujemy z nieba. Od czasu do czasu trochę pada aż w końcu opad przechodzi w ulewę. Na szczęście jesteśmy w pobliżu centrum handlowego, którego parking jest zadaszony. Zjeżdżamy i czekamy aż skończy padać. Po dobrej godzinie w końcu opad się kończy i możemy jechać dalej w kierunku Padwy, która jest zaplanowana jako przystanek przed dojazdem na kemping.
W przewodniku przeczytaliśmy, że historyczna część Padwy wyłączona jest z ruchu kołowego. Skutiego zostawiamy więc dość daleko do Bazyliki św. Antoniego, która jest naszym pierwszym punktem do zwiedzania. Na miejscu okazuje się, że można było bez problemu dojechać do samej bazyliki i tuż przy niej były wolne miejsca dla motocykli.
Po wyjściu z bazyliki kierujemy się na Prato della Valle. W przewodniku czytamy, że jest to największy plac we Włoszech i jeden z największych w Europie. Faktycznie robi wrażenie. Dookoła otoczony jest fosą w kształcie elipsy przez którą na wyspę prowadzą cztery zabytkowe mosty. Po środku wyspy znajduje się fontanna.
Poza zabytkami, moją uwagę zwrócił pojazd komunikacji miejskiej, który jest jakby połączeniem autobusu z tramwajem. Z wyglądu przypomina właśnie tramwaj ale ma koła jak autobus. Jedzie po ulicy ale dodatkowo ma pojedynczą szynę, która zapewnia jego prowadzenie po określonym torze. Tak ciekawostka 🙂
Kilka ładnych godzin spędzamy chodząc po eleganckich uliczkach i przyglądając się okazałym kamienicom. Widać, że Padwa to bogate miasto północnych Włoch. W taki sposób mija nam dzień i nastaje wieczór. Pora ruszać na nocleg.
Tym razem udajemy się na Camping Rialto na którym mamy spędzić dwie noce. Prognoza pogody mówi o deszczu w nocy i niskiej temperaturze. Postanawiamy więc wynająć dwuosobowy mini domek (MINI-CHALET). Tylko trochę przypomina on nam chytki, z których tak często korzystaliśmy w Norwegii.
Czwartek (26.09) – 0 km
Dzień odpoczynku dla skutiego
Dzisiaj skuti odpoczywa a my autobusem komunikacji miejskiej jedziemy do Wenecji. Przystanek znajduje się tuż przy bramie kempingu a jego cena to 1,5 EUR/osobę. Po 20 minutach jesteśmy na miejscu. Nie warto więc ciągnąć skutiego i płacić za parking.
Pierwszy punkt programu to uzupełnienie kofeiny w organizmie. Wchodzimy do pierwszej napotkanej kawiarni. Straszny tłum ludzi. Mimo tego upieram się żeby już tutaj napić się kawy. Okazuje się, że to był jednak błąd. Kawa słaba, pita na stojąco a obsługa opryskliwa. Wystarczyło pójść kawałek dalej i można było napić się kawy w przyzwoitych warunkach. Znowu Agata miała rację chcąc iść dalej ….
Mimo, iż to końcówka września to turystów w uliczkach i na placach jest bardzo dużo. Nie lubię tłumów i wzdrygam się na samą myśl jak to może wyglądać w pełni sezonu … brr.
Klucząc po uliczkach czasem trafiamy w ślepe zaułki. W końcu udaje nam się dotrzeć do Piazza San Marco (Plac św. Marka) gdzie ustawiamy się w kolejce do Bazyliki św. Marka. Dość szybko udaje nam się wejść do środka. Wnętrze przepięknie zdobione. Łączy różne style i jest jednocześnie grobowcem św. Marka.
Kolejne godziny upływają nam na niespiesznym przechadzaniu się labiryntem uliczek Wenecji. Odczuwamy już zmęczenie zarówno dniem dzisiejszym jak i dniami poprzednimi w trakcie których oprócz kilometrów pokonanych skutim, wiele kilometrów przeszliśmy zwiedzając różne miejsca. Na brzegu jednego z kanałów znajdujemy przyjemną knajpkę z rozsądnymi cenami. Zostajemy tu na trochę dłużej aby zjeść obiad i odpocząć.
Po prawie 6 godzinach spędzonych w Wenecji autobusem wracamy na kemping.
Piątek (27.09) – 600 km
Pożegnanie Włoch
Dzisiaj opuszczamy Włochy. Do Wiednia w którym mamy zarezerwowany kolejny nocleg mamy 600 km. Większość dzisiejszej drogi wiedzie austriackimi autostradami. W okolicach Villach czy Graz, droga wiedzie przez góry. Temperatura wyraźnie daje odczuć, że to końcówka września. Miejscami jest mocno chłodno. Dojeżdżając jednak do Wiednia robi się zdecydowanie cieplej. Przed 18-tą gdy dojeżdżamy na miejsce, termometr pokazuje 26 stopni.
Na ulicy przy naszym apartamencie jest zakaz zatrzymywania i postoju. Skutiego udaje się zaparkować w bocznej uliczce. Widzę, że tutaj panują inne zwyczaje odnośnie parkowania motocykli niż we Włoszech. W Wiedniu jednoślady parkują w tych samych miejscach gdzie samochody ale w przeciwieństwie do nich, prostopadle do chodnika. Tak stoją inne, więc i skutiego w ten sposób parkujemy.
Po pozbyciu się bagażu podjeżdżamy kawałek na Naschmarkt – mieści się tu ponad 120 stoisk i lokali gastronomicznych. Wybór jedzenia jest ogromny i trudno się na coś zdecydować. Mimo tak dużej liczny lokali, większość stolików jest zajęta. W końcu udaje nam się znaleźć wolny. Ja tradycyjnie biorę Wiener Schnitzel, żona zaś lokalny przysmak podawany na patelni. Jedzenie bardzo smaczne i w miarę tanie.
Tak posileni idziemy zwiedzać historyczne centrum Wiednia – Innere Stadt. W czasie naszych wcześniejszych wyjazdów wielokrotnie przejeżdżaliśmy przez Wiedeń ale nigdy nie udało nam się w nim na chwilę zatrzymać. Dzisiaj mamy możliwość zwiedzania nocnego. Też ma to swój urok gdyż wiele budowli jest ładnie oświetlonych. Brakuje jednak czasu aby dogłębniej zapoznać się z tym miejscem. Myślę, że jeszcze tu wrócimy – może na jakiś weekend?
Sobota (28.09) – 355 km
Deszcz, deszcz, … deszcz
Dzisiaj znowu bardzo pochmurny poranek. Zdążyliśmy ruszyć gdy zaczął padać deszcz. Nie jest on zbyt intensywny ale pada nieprzerwanie aż do granicy słowacko-polskiej. Choć początek naszej podróży też był deszczowy to nie aż tak bardzo. Dzisiaj rękawiczki mam już przemoczone zupełnie i jazdy mam dość. To chyba jedyny minus podróżowania jednośladem.
Żywiec na końcówce dnia wita nas jednak słońcem. Urządzamy sobie dwukilometrowy spacer do Browaru Żywiec na obiadek no i oczywiście na piwko 🙂
Niedziela (29.09) – 415 km
Powrót do domu
Dzisiaj nastał ostatni dzień naszej wyprawy – wracamy do domu. Pogoda znacznie lepsza niż wczoraj. Na niebie trochę chmur zza których często wygląda słońce. Trochę przeszkadza silny wiatr ale na szczęście przeważnie wieje w plecy. Odcinek pomiędzy Żywcem a Krakowem prowadzi przez malownicze tereny z mnóstwem zakrętów. Za Krakowem zaś robi się „nudno” gdyż prawie cały czas jedziemy ekspresówką aż do Warszawy. Po drodze zaliczamy obiadek i finalnie w domu meldujemy się około 19-tej. Na tym kończy się nasza podróż.
Podsumowanie
Byliśmy 22 dni w podróży. Odwiedziliśmy 47 miejsc i łącznie przejechaliśmy 6038 km. Wypaliliśmy 308 l benzyny. Dało to średnią 5,1 l/100km, przy czym najmniejsze spalanie jakie się udało uzyskać to 4,16 l/100km a najwyższe 6,72 l/100km (autostrada pierwszego dnia gdy starałem się nadrobić poranne opóźnienie wyjazdu spowodowane deszczem). Zużycia oleju brak.
W drodze powrotnej na Słowacji zaobserwowałem, że skuti szarpie przy delikatnym ruszaniu i przy małej prędkości. Już po powrocie do domu okazało się, że pękła zębatka odbiorcza przy tylnym kole. Mieliśmy szczęście, że urwane zęby nie dostały się pomiędzy łańcuch i zębatkę. Mogłoby to spowodować blokadę koła a cała podróż mogłaby skończyć się nieciekawie. Ta awaria to być może po prostu zmęczenie materiału, choć ja osobiście podejrzewam wadę fabryczną. Nowa zębatka jest już pełna. Oryginalna zaś z jaką moje BMW opuściło fabrykę była częściowo ażurowa i właśnie na jednym z takich otworów pękła. Czyżby inżynierowie z BMW doszli do wniosku, że to jest za słaba konstrukcja i dlatego teraz zębatka jest pełna?




































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































Kochani – Wielkie Gratulacje !!!!
Agatko i Tomku,
Wspaniała podróż ! Profesjonalne przygotowanie i realizacja. Świetny i pełny przewodnik dla potencjonalnych podróżników.
Przypomnieliście nam naszą podróż przez Włochy, którą odbyliśmy na przełomie lat 80. i 90. poprzedniego wieku (prawie prehistoria).
Obejrzeliśmy także Waszą wyprawę do Norwegii. Jak widać mamy podobne zainteresowania. Odbyliśmy podobną podróż w zeszłym roku, tym razem znacznie krótszą od Waszej i tak samo jak w poprzednim przypadku łatwiejszą – bo samochodem.
Podziwiamy Waszą odwagę i zazdrościmy młodości.
Dziękujemy za wspaniałe zdjęcia. Pozdrawiamy Krukowie